• Wpisów:143
  • Średnio co: 13 dni
  • Ostatni wpis:3 lata temu, 13:33
  • Licznik odwiedzin:14 313 / 1873 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Słońce chowało się ospale za ciemne góry, które pływały w białej mgle. Stąpałam po suchym piasku, obok mnie dzielnie maszerowała Ruby. Patrzyłam na nią, mrużąc przy tym oczy. Jej twarz była czysta i piękna. Kiedy spojrzała na mnie swoimi błękitnymi oczami i uśmiechnęła się, jednym ze swoich niesamowitych uśmiechów, od razu zrobiło mi się cieplej na sercu. Tylko ona mogła złagodzić mój ból i wyglądać przy tym szczerze i serdecznie. Aaron szedł przed nami z jednym ze swoich kolegów o niewymiarowych barkach. Drugi był za nami, nucąc po nosem metalowe kawałki, a co chwilę wymachiwał rękami, jakby grał na bębnach lub odgrywał solówki na gitarze.
-Za chwilę będzie ciemno- przerwałam głuchą ciszę. Gołym okiem można było zobaczyć napiętą atmosferę. Ruby nie miała zamiaru się odzywać, rzadko wypowiadała swoje zdanie przy ludziach.
-Już mało zostało, zaraz będziemy na miejscu- odpowiedział Aaron.
-Mówiłeś tak dwie godziny temu- mruknęłam po nosem i spojrzałam w górę, na czyste niebo. Z jednej strony słońce malowało je na pomarańcz i róż.
-Lea, ja was tylko prowadzę, więc przestań się skarżyć- burknął pod nosem.- Pomagam wam, jasne?
Ruby przełknęła ślinę trochę za głośno, bo nawet ja to słyszałam.
-Jasne- warknęłam, choć ledwo powstrzymywałam się od krzyku.
Kilka minut później weszliśmy do miasta, a raczej wsi. Drogi były wysypane żwirem, a ludzie chowali swoje kury przed nocą. Nawet nie zwrócili na nas uwagi, co bardzo mnie cieszyło, bo nie chciałabym znaleźć się w rękach policji. Ja i Ruby jesteśmy teraz poszukiwane przez masę osób.
-To tuż za rogiem- odezwał się chłopak za nami, przerywając solówkę na elektrycznej gitarze.- Nie zwracajcie uwagi na Aarona, on ma czasem takie humorki.
-Jak baba- stwierdziła Ruby i zaśmiała się pod nosem.
-Przedtem taki nie był- powiedziałam.
-Może ma te dni?
-Aaron ma wiele na głowie, a wy nie odjęłyście mu problemów.- Chłopak uśmiechnął się smutno do nas.- Będzie dobrze, nie ma co się załamywać, wy macie pewnie o wiele więcej do zrobienia niż on.
Wzruszyłam ramionami i odwzajemniłam uśmiech.
-Zwiałyśmy z internatu, wszyscy nas szukają, ja co chwilę mam super wizję i szukamy lustra z mega niebezpieczną przepowiednią- podsumowałam.- Nie no, nie ma co narzekać, jest całkiem przyjemnie.
-Taa, mi się podoba- przytaknęła przyjaciółka.
Nagle Aaron i osiłek obok niego stanęli przed wielką chatą. Nad wejściem wisiał szyld z napisem: "Bezkres niespodzianek". Uniosłam brwi ze zdziwieniem i poczułam, jak Ruby dźga mnie łokciem w żebra.
-No co?- spytałam.
-Przepowiednia- powiedziałam, wgapiając się w drewniany szyld, który skrzypiał przy każdym podmuchu wiatru.- ... dwie smutne twarze, druga zniknie w bezkresie.
Moje serce zaczęło bić jak oszalałe, a do uszu przestały docierać jakiekolwiek odgłosy. W gardle urosła mi ogromna gula, choć próbowałam krzyczeć i wołać o pomoc. Dziwny szum w głowie ustal, gdy poczułam, jak Aaron wnosi mnie do środka karczmy. Próbowałam stanąć na nogi, ale prawie ich nie czułam. Kiedy usadowili mnie na jednym ze stołów i oblali wodą, ocknęłam się z transu.
-Miałaś odlot?- głos Ruby dobiegł do moich uszu jako pierwszy. Otworzyłam szeroko oczy, jednak lampa nade mną oślepiła je ostrym blaskiem.
-Nie.. nie- mój głos brzmiał, jakbym miała w gardle piasek. Odchrząknęłam kilka razy, a potem chwyciłam rękę Aarona. Pomógł mi usiąść i napić się wody.- Nienawidzę tego.
Postawiłam pustą szklankę i rozejrzałam się wokoło. W samym centrum pomieszczenia stał bar, za którym znajdował się potężny, starszy mężczyzna z wytatuowanymi ramionami. Miał gruby i donośny głos. Za nim piekła się cała świnia w ogromnym palenisku. Dym i zapach pieczonego mięsa oraz palonego drzewa z lasu ogarnął całą karczmę. Piwo lało się tutaj strumieniami, a przyjemna melodia, dochodząca z ust pięknej dziewczyny z lutną uspakajała mnie i wprawiała w odpowiedni nastrój.
-Zostajemy tutaj?
-Na noc, potem wyruszamy- mruknął do mnie Aaron.- Znam tutaj każdego, więc możecie czuć się bezpiecznie, nic wam tutaj nie grozi.
Spojrzałam na Ruby z lękiem w oczach. Chłopak nie miał racji, a my o tym wiedziałyśmy, to ja zniknę dzisiejszej nocy. Wstałam ze stołu, mało co nie wywracając się na dwóch osiłków. Uspokoiłam ich gestem, by nie próbowali mnie ratować i podeszłam do baru. Stał tam Aaron i rozmawiał z łysym barmanem, kiedy zbliżałam się do nich, ich głosy ucichły.
-Co jest?- zapytałam chłopaka. Mężczyzna za ladą uśmiechnął się do mnie ze współczuciem i oparł rękami o blat.
-Szukacie lustra, prawda?- szepnął, a jego oddech był cierpki i gorzki, niczym stare wino.- Słyszałem przepowiednię, to szaleństwo, że w ogóle tutaj przyszłaś. Na twoim miejscu uciekałbym jak najdalej stąd.
-Nie da się uciekać przed nieuniknionym- powiedziałam, patrząc mu prosto w twarz.- Przepowiednia musi być spełniona, a strach i inne emocje związane z naszą ludzką bojaźnią powinniśmy schować dzisiaj do kieszeni.
-Jesteś odważna... Często masz wizję?
-Skąd wiesz o wizjach?- zapytałam z lękiem w głosie, choć nie chciałam okazywać strachu. Ludzie wiedzieli o mnie więcej, niż ja sama o sobie. Właśnie takie jest społeczeństwo, plotkuje, gada, wyśmiewa się i gnębi.
-Może przestaniesz podrywać moją przyjaciółkę, Henry?- przerwał nam Aaron, wgapiając się w oczy barmana z wściekłością i gniewem.
-Będę miał na ciebie oko, mała- szepnął, odwracając się od chłopaka.- Na twoją przyjaciółkę także.
-Lea, możemy pogadać?- warknął Aaron i chwycił mój nadgarstek. Jego ręka była silna, a uchwyt mocny, więc nie mogłam mu się wyrwać. Wyprowadził mnie z karczmy na ciemną drogę. Tylko świecący szyld pozwalał mi przyjrzeć się twarzy Aarona. Chłopak nie był zadowolony z mojej rozmowy z barmanem. Był poddenerwowany i zły, że w ogóle z nim gadałam.
-Nie rozumiem- zaczęłam.- Po co tu jestem? Czego ode mnie oczekujesz?
Zmieszał się i przycisnął dwa palce do skroni, rozmasowując ją powoli.
-Niańczysz mnie jak dziecko, a przez cały dzień nawet nie próbowałeś na mnie spojrzeć, ja przepraszam za spalenie twojego domu... Naprawdę to nie ode mnie zależy, kiedy mam te idiotyczne wizje. Po prostu nie rozumiem o co chodzi....
-Lea, daj mi w ogóle zacząć mówić, to może ułatwię sprawę!- powiedział z przejęciem. Złapał mnie za ramiona i spojrzał mi w oczy.- Musisz wszystko tak bardzo utrudniać?
-Ja...
Aaron przerwał mi, całując mnie powoli i spokojnie, jakby chciał się nacieszyć tymi kilkoma sekundami. Byłam oszołomiona, jak delikatnie jego wargi muskają moje usta. Odchyliłam się i wpatrywałam w jego zielone oczy. Malowała się w nich niepewność i obawa przed odrzuceniem.
-Dlaczego?
-Zawsze możesz na mnie liczyć, Lea. Chcę, żebyś wiedziała, że bardzo cię lubię i nigdy nie miałem takiej przyjaciółki jak ty. Spodobało mi się, kiedy mówiłaś tak spokojnie o swoich uczuciach i lękach. Otworzyłaś się przede mną, bez obawy, że mógłbym wykorzystać to wszystko przeciwko tobie, tak jak inni ludzie.
-Zaufałam tobie, tak jak ty mnie- odpowiedziałam i wtopiłam wzrok w ziemię. Nadal nie docierało do mnie to, co właśnie zrobiłam, a raczej on zrobił i powiedział.- Jutro już tutaj mnie nie będzie.
-Tak... Słyszałem przepowiednię- mruknął.- Nie chcę cię stracić, ale to co mówiłaś Henriemu, to prawda. Nie uciekniemy przed nieuniknionym.
Pokiwałam głową.
-Cokolwiek by się stało, pamiętaj o mnie, bo ja nigdy nie zapomnę to tobie- powiedział i dotknął ręką mojej twarzy. Pocałował mnie. Tym razem był to pocałunek pełen tęsknoty i żalu. Nienawidzę pożegnań, a to właśnie było jedno ze sposobów, by powiedzieć "żegnaj".
 

 
Oddychałam powoli i wciągałam do płuc powietrze, zapełnione dymem se spalonego drzewa, książek, mebli i ubrań. Otarłam łzy, patrząc na dogasający ogień. Siedziałam obok Lei, która próbowała uspokoić się po koszmarnym przeżyciu. Ledwo zdążyłyśmy uciec z biblioteki pełnej ognia i dymu. Przyjaciółka miała odlot, upadła i zapaloną świeczką wszystko podpaliła. Oczywiście nikt nas nie oskarżał, jednak widać było w oczach ludzi przygnębienie i złość. Nie dziwiłam się im, a Lea nie pytała co się stało później. Obudziła się pod drzewem, nic nie pamiętając. Aaron opiekował się nami, a reszta jego kolegów wyciągała rzeczy, które przetrwały z czarnej ruiny.
-To przeze mnie.- Powtarzała ciąż Lea, obarczając siebie za wypadek, który spowodował masakryczny skutek i ogromne zniszczenia.
-Przestań, nikt nie wini cię za niespodziewane odloty.
-Ale za zniszczenia jakich potem dokonuję- mruknęła, mrużąc oczy przed słońcem.- Myślisz, że musimy iść dalej?
Spojrzałam na nią i przetarłam mokre oczy. Jej twarz była jasna w promieniach słońca. Oliwkowa cera idealnie pasowała do brązowych oczu, które były duże i szczere. Przeczesała ręką swoje włosy, które raz kręciły się w różne strony, a raz były proste jak makaron do spaghetti.
-Musimy.
-Jesteś pewna?
-Jestem naszym przewodnikiem, choć w głowie nie mam GPS'u, ale mam troszkę rozumu. Spadamy jak najszybciej.
Podniosła się, nie spuszczała wzroku z domku. Wiedziałam, że dziewczyna miała zamiar przeszukać spaloną biblioteczkę i nie uda mi się jej zatrzymać w żaden sposób, nawet siłą.
-Najpierw znajdziemy to, przed czym nas ostrzegali.
-Igrasz z ogniem, i to dosłownie- powiedziałam, podparłam się drzewa, aby wstać i pójść za nią. Ludzie patrzyli na nas jak na wariatki, a ja nie mogłam się z nimi nie zgodzić. Deptałyśmy po spalonej trawię. Im byłyśmy bliżej domku, tym zapach stawał się intensywniejszy i gorszy do zniesienia. Przyłożyłam sobie rękaw swetra do ust i nosa, by nie zaczadzić się, jednak Lei to nie przeszkadzało. Weszła odważnie do spalonej biblioteczki i zaczęła przeglądać porozrzucane książki. Ja także szukałam, ale dokładnie nie wiedziałam czego.
-Co mogli tutaj ukrywać?- spytałam, otwierając pierwszą księgę na przypadkowej stronie.- Może jakieś porno? Przecież mieszkają tutaj sami faceci.
Przyjaciółka parsknęła śmiechem, choć wcale nie było nam wesoło. Samo patrzenie na szkody bolało.
-Wiesz czego szukać?- usłyszałam jej głos, który był zachrypnięty i bez żadnej emocji.
-Nie mam pojęcia- mruknęłam.- Nawet nie wiem, po co tutaj jesteśmy. To jest jak jakaś gra, jesteśmy w jakiejś planszówce, którą robiłyśmy w pierwszej klasie. Na każdym kroku czeka nas zadanie, jeśli zrobimy zły ruch, musimy cofać się o kilka oczek w tył.
-Na jakim teraz jesteśmy etapie?
-Stoimy w miejscu, bo straciłyśmy turę. Czekamy na ruch przeciwnika- powiedziałam, czytając kilka linijek następnej książki.
-Kto jest naszym przeciwnikiem?- zapytała z zaciekawieniem.
-Czas.
Lea znów zatopiła wzrok w linijkach czarnego tekstu. Spojrzałam na półkę, na której leżały najbardziej poniszczone księgi. Przeczytałam ich tytuły, jednak nic mi one nie mówiły. Wzięłam pierwszą z brzegi i poczułam nagły przypływ energii. Ogarną mnie spokój i poczucie winy zniknęło. Otworzyłam pierwszą stronę i zaczęłam chłonąć słowa, które nie były napisane w naszym języku.
-Lea- szepnęłam, bo ledwo zdołałam wymówić choć słowo. Przyjaciółka spojrzała mi przez ramię i zamarła.
-Co to jest?- spytała, ale ja nadal nie mogłam odwrócić wzroku. Czytała, choć nie znałam żadnego słowa z tej książki.- Ruby!
Dziewczyna wyszarpnęła mi lekturę z ręki i z trzaskę ją zamknęła. W głowie miałam masę rozsypanych słów i liter, jednak nie umiałam złożyć ich w całość.
-To tego szukałyśmy!- zawołałam do niej i wyciągnęłam dłoń, by oddała mi księgę.
-Co tam jest napisane? Nawet nie umiesz tego przeczytać!- warknęła i spojrzała na książkę z odrazą.- Co tam jest?
Wzruszyłam ramionami, nie miałam pojęcia jak ująć w słowa to, co właśnie przeczytałam. Nie mogłam tego opisać, ale wiedziałam, że treść jest bardzo ważna.
-Potrzebujemy informacji, a ta księga je ma!- powiedziałam gestykulując.- Nie umiem tego wyjaśnić, ale rozumiem te słowa. Musisz mi zaufać.
-Ruby, ja ci ufam- szepnęła i oddała mi książkę.- To chyba na tyle, wyruszamy.
Mina Lei nie była za ciekawa, ale wiedziałam, że odetchnęła z ulgą. Trzymałam kurczowo lekturę, oprawioną w skórę, która śmierdziała spalenizną i wędzonką.
Kiedy wyszłyśmy z czarnej ruiny Aaron podbiegł do nas i popatrzył z troską na Leę. Od razu wiedziałam, że coś między nimi jest, dlatego wolałam się nie odzywać.
-Wszystko w porządku?- zapytał.- Po co byłyście w środku? Dom mógł się zawalić, a wtedy...
Uniosłam brwi.
-Poszłyśmy do biblioteki po to- Lea wskazała na księgę, którą trzymałam w rękach.
-Nie wolno tam wchodzić i brać rzeczy, które nie należą do was.
Chłopak zabrał mi książkę i przycisnął kurczowo do klatki piersiowej. Zachowywał się dziwnie, jakby w ich bibliotece naprawdę ukrywali porno, a ta lektura była jego źródłem.
-Oddaj ją- syknęłam przez zęby i wyciągnęłam rękę.- Jest nam potrzebna, nie znalazłbyś jej, gdyby nie my.
-Aaron, ona potrafi ją przeczytać, jest potrzebna...
Przywódca nie był zadowolony ze słów Lei, ale w jego głosie nie było słychać gniewu. Głośno odetchnął i zawołał palcem dwóch swoich przyjaciół. Od razu ich poznałam. Umięśnieni chłopcy, ubrani na czarno, związali nas w lesie i przynieśli tutaj.
Przełknęłam ślinę.
-Pomożemy naszym paniom w dojściu na Zagięte Pięści, znacie drogę?
Umięśnione emo kiwnęło głowami i zaczęli pakować się na podróż. Choć nie ocalili wiele rzeczy, to ich plecaki były napakowane po same brzegi. Aaron oddał mi księgę razem z dwiema torbami na ramię. Spakowałam cenną lekturę i przewiesiłam sobie ją przez ramię.
-Zatrzymamy się w mieście, dojdziemy tam wieczorem- mówił Aaron.- Jutro kupimy ubrania i jedzenie, możemy ruszać.
Nie ociągaliśmy się. Reszta przyjaciół Aarona rozeszła się po lesie w poszukiwaniu nowego domu. Wzięłam ostatni oddech wypełniony spalenizną i ruszyłam przed siebie, tuż obok Lei.
-Tęsknisz?- spytałam.
Kiwnęła głową, a po jej policzkach poleciały łzy. Popatrzyłam w górę na niebieskie niebo, które próbowało przedrzeć się przez zielone liście drzew. Próbowałam nie wypuścić z oczu ani jednej łzy.
-Oni też- odezwałam się.- Przeżywają to bardziej niż my. Nie ma powrotu.
-Wiem... to najbardziej boli- szepnęła.- Co będzie potem? Jak wrócimy?
Wzruszyłam ramionami i otarłam łzy. Spróbowałam się roześmiać, by rozweselić Leę.
-Kupimy wielki tort, zrobimy imprezę, na którą wszystkich zaprosimy, nawet Josepha i Nicka. Będzie zabawa, a potem wrócimy do szarej rzeczywistości z wspaniałymi wspomnieniami.
-Chyba nie chcę wracać.
Zacisnęłam usta, bo także chciałam to powiedzieć, ale pustka była okropniejszym uczuciem, niż powrót do normalnego życia. Po głowie chodziło mi jedno pytanie z księgi: *Czy możemy powiedzieć, że uda nam się to ocalić?*

______________________________________________
http://itranquillity.tumblr.com/
  • awatar Blue moon.: świetne, czekam na następny rozdział <3
  • awatar Boska2222: cudne
  • awatar Gość: Jestem z Cb dumna :3 tak ślicznie piszesz xD też sądzę, że pewno o porno chodziło ;p no i strasznie długo musze czekać aż dodasz kolejny rozdział ;_; pospiesz się, bo ja potem zapominam co było wcześniej, skleroza -.-" Twoja wierna fanka <33 pisz dalej pysia.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
W kuchni było pusto, wszyscy wyszli na świeże powietrze, kiedy ja dopiero wstałam z łóżka. Otworzyłam lodówkę, która o dziwo była dobrze zaopatrzona. Wyciągnęłam mleko i płatki śniadaniowe i pomieszałam razem w misce. Usłyszałam, jak ktoś wchodzi do pomieszczenia i zatrzymuje się nagle. Odwróciłam się, spojrzałam na podkrążone oczy Ruby.
-Źle spałaś?- zapytałam ochrypłym głosem. Odchrząknęłam kilka razy i usiadłam przy stole, kiedy przyjaciółka z zamkniętymi oczami błądziła po kuchni.
-Nie- odpowiedziała, wgapiając się w kubek z kawą.- Przyśnił mi się Nick.
O mało co nie wyplułam płatków z powrotem do miski. Przełknęłam je szybko i zakaszlałam.
-Co dokładnie?
Wzruszyła ramionami, jakby nie chciała o tym rozmawiać. Ruby była do niego przywiązana, zakochała się w nim, ale moim zdaniem ten chłopak jest po prostu zwykłym dupkiem, który się nią zabawia.
-Miałaś wizję?- jej głos był cichy i szorstki. Nie umiałam jej powiedzieć prawdy, lecz wiedziałam, że długo nie zdołam ukrywać wizyty u starszej pani i naszego nowego zakładu.
-Nie chcę o tym mówić- odparłam i wstałam z krzesła. Zostawiłam miskę z płatkami na stole i wyszłam pospiesznie z kuchni, by jak najszybciej pozbyć się wyrzutów sumienia i zapomnieć o smutnej minie przyjaciółki.
Nie miałam ochoty opuszczać drewnianego domku, którego zapach mnie uspokajał. Szłam przed siebie, aż natrafiłam na ciemne drzwi, rozejrzałam się w około, ale nikogo nie było w pobliżu. Nacisnęłam klamkę i nabrałam powietrza do płuc. Już z daleka wyczuwałam zapach starych książek, pokrytych kurzem i pajęczynami. Weszłam do biblioteczki. Jedynie, przez padające mi nad głową, promienie słoneczne zobaczyłam kilka półek grubych ksiąg. Nie było ani jednego okna, dlatego w pomieszczeniu panowała ciemność. Zaczęłam szukać włącznika do lampy, ale na nic takiego nie natrafiłam.
-Nie ma tam światła- usłyszałam głos za mną. Zamknęłam pospiesznie drzwi i odwróciłam się z pokornym uśmieszkiem.
-Tak, zauważyłam- burknęłam.- Macie może latarkę?
Chłopak przede mną wzruszyła ramionami. Przeczesał ręką swoje blond włosy i zilustrował mnie wzrokiem.
-Nie wolno tam wchodzić- mruknął, jakby uważał się za lepszego.- Aaron cię nie nauczył? To zamknięta część domku dla nas, a dla ciebie szczególnie.
Poczułam ucisk w żołądku. Wiedziałam, że ludzie mnie nie lubią, ale blondyn miał mnie serdecznie dość.
-Co ze mną nie tak?- zapytałam.
Blondyn nie odpowiedział, podciągnął rękawy bluzy i wyszedł na zewnątrz. Zacisnęłam pięści i weszłam do kuchni. Gdy mieszkałam z rodzicami zawsze chowaliśmy świeczki w szafce przy lodówce. Miałam nadzieję, że Aaron i jego znajomi też tak robią, bo jeśli nie, będę musiała przeszukać cały domek.
Ruby jadła przy stole moje płatki i oglądała gazetę. Nie czytała jej, tylko oglądała obrazki, jak to zawsze robiła w szkole. Otworzyłam pierwszą szufladę, w której znalazłam tylko kilka zapałek.
-A ty co się tak do siebie szczerzysz?- spytała przyjaciółka, odkładając czasopismo. Wstała i oparła się łokciem o blat.- Chcesz podpalić las i zrobić im wszystkim na złość? Och nie, oczywiście, że nie, nie robiłabyś tego!
Uniosłam ze zdziwieniem brwi.
-Nie...- odpowiedziałam z zastanowieniem.- Ale dzięki, że odpowiadasz sobie sama na pytania. Szukam świeczek.
-Po co ci świeczki, słońce i lampy ci nie wystarczą?
-Tak gdzie idę, nie ma słońca i lampy- powiedziałam z przekąsem i znów zajrzałam na inną półkę.- Wiesz gdzie one są?
-Ta, w komodzie przy wyjściu- pokazała palcem na salon.- Kto normalny chowa świeczki w kuchni?
To nie było pytanie do mnie, Ruby często pytała samą siebie, myślę, że to pomagało jej zrozumieć świat lub cokolwiek innego. Pobiegłam do salonu i pociągnęłam za uchwyt do szuflady. Mała świeczka leżała na dnie komody. Chwyciłam ją i uśmiechnęłam się pod nosem.
-Idziesz?- zapytałam przyjaciółkę.
-Jasne!- krzyknęła.- Byle jak najdalej od rzeczywistości.
Przytaknęłam. Zanim otworzyłam drzwi do tajemniczego pomieszczenia, pomyślałam o wszystkich tych, którzy teraz mnie i Ruby szukają. O moich i jej rodzicach, o rodzeństwie i znajomych, o Alice, która teraz żyje swoim życiem, o Agnes, której nigdy nie poznałam, ale od roku pisałam z nią listy i o Josephie, który pewnie już zapomniał, kim jestem.
Zapaliłam świeczkę i weszłam z Ruby do środka.
Na moich gołych ramionach pojawiła gęsią skórkę, zamknęłam oczy i westchnęłam. Płuca zapełniły się stęchłym powietrzem. Wiedziałam co zobaczę, gdy otworzę oczy, a raczej czego nie zobaczę.
Czarny pokój jak zawsze przerażał mnie z taką samą mocą co zawsze. Otrząsnęłam się i nie czekałam na jakikolwiek znak, po prostu stanęłam przed ścianą, której jeszcze nigdy nie byłam. Trzecie przejście już z daleka pachniało powietrzem i deszczem. Przeszłam przez nie, nabierając powietrza do płuc.
Oślepiło mnie nagłe światło. Całe niebo było pokryte deszczowymi chmurami, które nie zachęcały do pójścia na popołudniowy spacer. Nie miałam wyjścia - ściana za mną zniknęła.
Zrobiłam krok i poczułam pierwszą kroplę, a raczej okruszek błyszczącego materiału. Spojrzałam w górę, z której spadały kawałeczki lustra. Robiły się coraz większe, więc natychmiast musiałam zaleźć schronienie. Rozejrzałam się, a kilka metrów przede mną chłopak z metalową parasolką. Uśmiechał się serdecznie, a ja nie traciłam ani chwili dłużej. Podbiegłam do niego i schowałam głowę przed ostrym deszczem luster.
-Skaleczyłaś się- usłyszałam głos chłopaka. Był wyższy ode mnie o głowę, a na jego włosach lśniły kawałeczki szkła, które musiały spaść przed otworzeniem parasoli. Miał atletyczną budowę ciała i był bardzo przystojny w stylowym fraku, więc strach przed zginięciem w deszczu luster nie przerażał mnie tak bardzo jak powinien.
-Gdzie?- spytałam głupio, a potem dopiero popatrzyłam na ręce, w których znajdowały się kawałki szkła.- Au...
-Boli?
-Nie- odpowiedziałam, choć samo patrzenie na ręce bolało.- Ostatnio, jak tutaj byłam, też padał taki deszcz, u was to norma?
Chłopak zaśmiał się i podał mi dłoń.
-Jestem Sam- powiedział, uścisnęłam jego rękę i przedstawiłam się.- Może się przejdziemy?
-Tak, aktualnie nie mam nic lepszego do roboty.
Deszcze przestał padać, gdy weszliśmy do parku, w którym nie było ani ławek, ani drzew. Znajdował się tutaj mały staw oraz droga wiodąca wokół niego. Kiedy przyjrzałam się wodzie, nie znalazłam w niej żadnej ryby, ale moje odbicie było dokładne i widoczne tak, że mogłam się bez problemy przejrzeć w jak lustrze.
-Mnie tutaj nie ma- szepnął Sam, pokazując palem na staw. Chłopak był małomówny, jednak każde jego słowo było jak skarb.
-Dlaczego?- spytałam i spojrzałam na wodę, w której odbijała się tylko moja twarz.- Ten świat jest dziwny, nie powinieneś się na nim wzorować.
-Nie, ja po prostu zawsze jestem sam, niewidoczny, jakbym nie istniał. Właśnie dlatego jestem Sam.
Przełknęłam ślinę i spojrzałam na chłopaka.
-Sam, bo gdybyś odbijał się w lustrze byłoby już was dwoje?
Przytaknął i odciągnął mnie od stawu. Jego wzrok był nieobecny, co chwilę przekładał parasolkę z ręki do ręki.
-Ja cię widzę- powiedziałam do chłopaka.
-Nie jesteś stąd, ale cieszę się, że mogłem cię spotkać- jego twarz znów się rozjaśniła.- W waszym świecie nikt nie jest sam, ma zawsze kogoś blisko siebie.
-Swoje odbicie?
-To one pokazuje mu swoje niedoskonałości- odpowiedział, nie patrząc na mnie.- Ale tylko te na zewnątrz. Inna osoba potrafi wskazać ci te w środku.
-Gdy mamy kogoś przy sobie, umiemy poznać siebie od środka...
-Bo od zewnątrz już się znamy- dokończył Sam.- Do zobaczenia.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Leżałam na łóżku, patrząc na drewniany sufit. Słońce świeciło mi prosto do oczu, więc zasłoniłam rękami twarz. Zamknęłam powoli powieki. Byłam senna, ale czułam pod skórą strach przed zaśnięciem. Obracałam się z boku na bok, jednak nie przyniosło to efektów.
Otwarłam powieki, znów byłam w czarnym pokoju. Poczułam stęchliznę, która w obrzydliwy sposób zatruwała mi płuca. Przełknęłam ślinę i próbowałam oddychać przez usta. Zacisnęłam pięści, choć wiedziałam, że tylko udawałam silną. Cała się trzęsłam ze strachu przed poznaniem następnej części układanki. Chciałam, aby to wszystko się już skończył, chciałam wrócić do domu, chciałam poczuć się jak normalna nastolatka, chciałam wtulić się w moją kołdrę i czytać książki, a nie sama czuć się jak ich bohaterka.
Przykucnęłam, byłam bezsilna. Objęłam ramionami kolana i spuściłam głowę. Spod moich zaciśniętych powiek wypłynęły łzy, słone i nieprzyjemnie ciepłe.
-Spokojnie- powiedziałam sobie. Wpadałam w paranoję.- Spokojnie, zaraz ten nienormalny sen się skończy.
Moje słowa nie były przekonujące. Nawet myśl o powrocie do rzeczywistości mnie nie pocieszyła, bo wiedziałam, że tam, jak i tu jestem zagubiona. Znów nabrałam powietrza do płuc, krztusząc się przy tym.
Usłyszałam kroki, nie miałam pojęci, z której strony dochodziły, nawet nie miało to dla mnie znaczenia. Buty skrzypiały, gdy facet przede mną stąpał po starych panelach. Podniosłam oczy, by dokładnie mu się przyjrzeć. Jego trzewiki były brązowe, eleganckie, jednak stare i skurzone, jakby nie pochodziły z tego wieku. Nogawki spodni były przykrótkie, a marynarka miała zaś za długie rękawy. Mężczyzna był starszy, jego twarz była pełna zmarszczek, a włosy miały więcej koloru siwego, niż naturalnego - czarnego.
Na twarzy widniał złośliwy uśmieszek. Czułam, że to spotkanie nie skończy się szczęśliwie.
-Chodź ze mną- usłyszałam jego głos, który przypominał trzaskające się szkło. Przełknęłam kolejną porcję śliny i wstałam z podłogi. Posłusznie szłam za tajemniczym mężczyzną. Przedostaliśmy się przez jedną z czarnych ścian. Nie miałam pojęcia, przez którą, bo wszystkie wyglądały tak samo.
Stanęłam w salonie z lat dziewięćdziesiątych. Duże, skórzane meble przytłaczały pokój, który i tak już był mały. Na kominku było mnóstwo figurek i niepotrzebnych ozdób, a ściany pomalowane były na jaskrawe kolory. Było jedno okno, przykryte tandetnymi, barwnymi zasłonkami .
-Usiądź- dobiegł mnie głos zza fotela. Podeszłam bliżej i usiadłam przed starszą kobietą. Miała za małą sukienki, w której widać jej było wszystkie niedoskonałości.
-Widzisz...- odezwała się znowu.- ...mało kto przeszedł tyle prób. Zazwyczaj dziewczynki tak słabe jak ty, czy ta druga...- ciągnęła.
-Ruby.
Kobieta spojrzała na mnie swoimi złośliwymi, ciemnymi oczami.
-Nie przerywaj mi!- warknęła. Nie wyglądała na niemiłą osobę, ale pozory mylą.- Tak, Ruby. Jesteście do niczego, ale nie mogę wyeliminować was z gry. Dostałyście przepowiednie, jakiej jeszcze nie słyszałam.
-Patrzysz jak cierpimy?- zapytałam, choć nie potrzebowałam odpowiedzi.
-Lubię dobrą zabawę, ale nie po to cię tutaj przyprowadziłam- powiedziała, a jej ton głosu złagodniał.- Mam pewną strawę, którą mogłabyś załatwić.
Uniosłam brwi. Strach mnie opuścił, a moje uczucia zamieniły się w złość. Znów zacisnęłam pięści, aż pobielały mi knykcie.
-Obserwujesz nasze nędzne życie, bawisz się nim, a ja mam ci jeszcze służyć?
-Nie- orzekła.
-Więc co? Czego ode mnie chcesz?!
Kobieta uśmiechnęła się, wygładziła swoją przykrótką sukienkę, odsłaniającą za dużo. Poprawiła włosy i nie zwracała uwagi na moje pytania i krzyki.
-Gdy znajdziesz lustro, przyniesiesz je do mnie, a ja zmienię przepowiednię.
-Słucham?
-Te dwa lustra nie są wam potrzebne, a mnie tak i to bardzo- mówiła.- Widzisz moją obwisłą skórę? Moje grube uda? Moje zmarszczki?- westchnęła.- Kiedyś byłam młoda i Kevin także.
-Kto?
Odwróciła głowę i spojrzała czułym wzrokiem na mężczyznę, który mnie tutaj przyprowadził.
-Byliśmy piękni i młodzi, a teraz nic nie możemy z tym zrobić... Ale ty możesz. Przynieś mi lustra, a ja oszczędzę twoją przyjaciółkę. To o niej była mowa w przepowiedni, ale nie chcemy, by zginęła.
-Druga zniknie w bezkresie- wyrecytowałam.- Mnie też oszczędzisz?
Skinęła głową. Poczułam, że wracam do rzeczywistego świata.
-Umowa stoi- mruknęłam.

-Nienawidzę życia- burknęłam pod nosem, kiedy obudziłam się cała w dreszczach. Koło mnie stał Aaron i czujnie mi się przyglądał. Uśmiechnął się, kiedy usłyszał moje pierwsze słowa.
-Jak się czujesz?- zapytał i usiadł na brzegu łóżka.
-Nie chce o tym mówić, mam dość tego wszystkiego- powiedziałam. Czułam na sobie jego wzrok, choć nie sprawdziłam, czy na mnie patrzy. Pewnie musiałam wyglądać fatalnie po całej akcji, ale nie chciałam nawet o tym myśleć. W głowie kołowały mi słowa kobiety: "To o niej była mowa w przepowiedni".
-Myślałem, że to Ruby ma dar.
Przełknęłam ślinę i pozbyłam się stęchlizny z płuc.
-Już druga osoba to mówi- mówiłam.- Czy ja naprawdę wyglądam tak normalnie, jakby nie było we mnie kompletnie nic fascynującego?
-Nie powiedziałem tego.
-A jednak chciałeś- warknęłam i podniosłam się z łóżka.- Mogłabym się starać być piękniejsza i mieć lepsze wnętrze, ale chyba nie o to chodzi, prawda?
-Jesteś o nią zazdrosna?- zapytał. Podniosłam moje brwi, a na mojej twarzy ukazał się uśmiech, pierwszy od kilku dobrych godzin.
-Nie- szepnęłam i poczułam straszliwy ból w sercu. Oparłam się o okiennice i chciałam płakać, ale nie umiałam. Zawsze różniłam się od innych ludzi, nigdy nie umiałam tak po prostu wylewać łez podczas oglądania filmu, czy czytania książek, nigdy nie umiałam poznać swoich własnych uczuć.
-Dlaczego twoi ludzie są ubrani jak emo?- Moje słowa brzmiały twardo, ale nie mogłam dać po sobie czegokolwiek poznać, żadnych uczuć, lęków i rozterek.
-Nie jesteśmy emo!- zaśmiał się, a to wywołało u mnie jeszcze większy ból.- Lubimy czarny, wtapiamy się w tło!
Choć nie widziałam co robi, słyszałam, że wstaje z łóżka i podchodzi do mnie. Odwróciłam się.
-Od jutra zaczynami trening- powiedział. Chwycił moje ramiona i pochylił się, by spojrzeć mi prosto w oczy.- Ja w ciebie wierzę Lea, może jestem jedynym, naiwnym chłopakiem na tej ziemi, ale wiem, że jesteś silna i mądra.
"Jedynym chłopakiem", powtórzyłam sobie w myślach. Co z Josephem? Czy on nadal znaczy dla mnie tak dużo?
-Jestem fajna- odparłam bez większego entuzjazmu.
-Oczywiście! Jestem przekonany, że dasz radę. Widzę to w twoich oczach i pamiętaj, że zawsze będę po twojej stronie, możesz na mnie polegać.
-Chciałabym mieć więcej takich ludzi.
-Będziesz miała- uśmiechnął się.- Jestem tego pewien.
-Dlaczego jesteś dla mnie taki dobry?
-Gdy chciałem założyć te całe stowarzyszenie, miałem tylko jedną osobę do pomocy, która już niestety odeszła. Wiem, że ty też coś osiągniesz i zdaje mi się, że znacznie więcej niż ja, dlatego masz już mnie w swojej drużynie.
Zacisnęłam powieki, kiedy Aaron wychodził. Jego słowa były ukojeniem, ciepłą poduszką, otulająca moje czerwone od bólu serce. Musi być dobrze, pomyślałam.
  • awatar Gość: Omg bedą romanse :3 zaje rozdział :D sory nie mam weny na coś mądrzejszego :P
  • awatar ☆LoversGonnaLove♥: Zajebisty rozdział. Mroczny Aron.. Zraniony, ale ukazujący uczucia do małej, niewinnej Lei. <3 Pooooodoba mi się. Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział ;) Pozdrawiam i zapraszam serdecznie do siebie ;*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Złapałam Leę za przegub i wciągnęłam to lasu. Drzewa zakryły całą powierzchnie nieba, przez co wnętrze wydało się ciemne i straszne. Zamknęłam oczy i zachłysnęłam się leśnym powietrzem. Szłyśmy dalej, powoli, przekraczając ostrożnie każdy krzak i pień przewróconego drzewa. Ziemia pod naszymi stopami była mokra, a buty zostawiały widoczne ślady. Co chwilę próbowałyśmy się ich pozbyć, ale w końcu uznałyśmy, że to nie ma sensu. Minuty ciągnęły się w nieskończoność, a nasze nogi powoli odmawiały posłuszeństwa. Kiedy znalazłyśmy suchą trawę, rozłożyłyśmy rzeczy i wyciągnęłyśmy kanapki i napoje od Adele. W moim przypadku był to zwykły sok, jednak Lea wgapiała się w swoją butelkę po wodzie.
-Coś nie tak?- zapytałam.- Christopher napluł ci tam, że patrzysz na to jak zaczarowana?
Uniosła brwi i oderwała wzrok od napoju.
-To melisa- powiedziała.
-Co w niej jest takiego szczególnego?
Jej mina coraz bardziej mnie niepokoiła, jednak tylko wzruszyła ramionami. Nie odkręciła nawet zakrętki, by upić łyk. Wrzuciła z powrotem butelkę do torby i zamknęła ją dokładnie.
-Nie jadłabym jej kanapek, ani nie piła jej herbaty i soku- mówiła.
-Czemu?- zapytałam i od razu wyrzuciłam z rąk kanapkę, którą nadgryzłam z jednej strony.
-Wszyscy, którzy szukali lustra, spędzali u niej noc...- powiedziała i przełknęła głośno ślinę.- Potem dostawali prowiant na drogę. Ona nas truła, Ruby.
-Ale w nocy nic nam nie było, po śniadaniu też nie- zerknęłam na swoją kanapkę, którą oblazły mrówki.
-Może wczoraj nie chciała, żebyśmy się dowiedziały i dopiero rano dała nam zatrute jedzenie?- spytała, choć nie czekała na moją odpowiedź.- Piłam melisę przed wyjściem, a po kilku metrach miałam odlot- przerwała.- Coś tu nie gra.
-Masz rację- mruknęłam, a mój żołądek wydał z siebie odgłos sprzeciwu.
Oparłam głowę o pień drzewa, moje myśli powędrowały daleko, za daleko. Znów przed oczami miałam Nicka. Chciałam z nim porozmawiać, ale nawet nie wiedziałam o czym. Co bym mu napisała?
Zacisnęłam powieki, by Lea nie widziała moich łez, żeby nikt ich w widział, choć chciałam dać upust emocją, których miałam nad wyrost. Zaczęłam się śmiać, chichotać najciszej jak umiałam. Moją reakcją na ból i smutek jest śmiech, który cały czas mi tworzysz.
-Z czego ci tak wesoło?- zapytałam.
-Przypomniałam sobie, jak kiedyś grzebałaś w koszu na środku centrum handlowego- odpowiedziałam mechaniczne i podniosłam powieki. Kłamałam, bo nie mogłam nikomu powiedzieć w prost, że czuję się zraniona, bezbronna i słaba.
-Nie gadaj, to było okropne!- zaśmiała się Lea.- To nie może wyjść na jaw!
Pokiwałam głową i wstałam, ciągnąc za sobą przyjaciółkę.
-Czas iść!- zawołałam do niej, jakby była głucha. Kiedy Lea przepakowywała swoje rzeczy i jedzenie Adele do mojego plecaka, oglądałam okolicę. Ciemność ogarniała po kolei każdą część lasu, wieczór zbliżał się wielkimi krokami. W oddali usłyszałam pękającą gałąź. Rozejrzałam się, a przyjaciółka podniosła głowę. Nasłuchiwałyśmy. Chwilę później zza drzew wyłoniła się grupka chłopaków, z dwiema dziewczynami u boku. Wszyscy mieli na sobie czarne ubrania, wyglądali jak emo, zarazem niebezpiecznie i pięknie.
-Co w takim strasznym lesie robią dwie dziewczynki?- zapytał jeden z chłopaków. Miał czarne włosy, a w dolnej wardze błyszczał kolczyk. Płaszcz sięgał mu do kolan, tam, gdzie kończyły się jego czarne, wojskowe buty. Był przywódcą bandy emo nastolatków.
-Przechodziłyśmy- warknęła Lea. Jak na tak dziwną sytuację, była dużo odważniejsza ode mnie, choć to ja zawsze odzywałam się w sklepie za nią.
-Przez ten las się nie przechodzi- mruknął, spoglądając jej prosto w oczy.- W lesie ludzie się gubią, a potem nigdy nie wychodzą.
-Skąd to wiesz?- wymsknęło mi się. Jego wzrok powędrował prosto na mnie.
-Znam go jak własną kieszeń- powiedział spokojnie, choć jego czoło było zmarszczone.- My wszyscy znamy go bardzo dobrze.
Banda emo uśmiechnęła się znacząco i nie czekali na znak od przywódcy. Rzucili się na nas i położyli na ziemi. Czułam ból, gdy zawiązywali mi brutalnie ręce i nogi. Dwóch ogromnych facetów niosło nas na plecach, aż dotarliśmy do chatki w środku lasu. Domek był bardzo dobrze utrzymany, za nim wił się strumyczek, z którego kilka dziewczyn nosiły wodę we wiadrach. Na jednej z gałęzi wisiała huśtawka, a przy niej, tuż obok domku, stała ławeczka. Okolica była mroczna, co jeszcze bardziej dodawało uroku pięknemu domkowi.
Mięśniaki położyli nas w chatce, na kanapach ze skóry. Całe wnętrze było drewniane i utrzymane w porządku, jak na grupę nastolatków. Szef grupy podszedł do nas i rozwiązał, kiedy reszta osób wyszła na zewnątrz.
-Co to ma wszystko znaczyć?- Lea zaczęła wrzeszczeć jak opętana.- Co wy do cholery robicie w lesie? Nie chodzicie do szkoły? Wiążecie napotkanych ludzi?
Patrzyłam na całą sytuację. Emo chłopak stał przed nami, opierając się o stolik z jadalni. Uśmiechał się nieznacznie, kiedy przyjaciółka zaczęła zadawać masę pytać i wściekle krzyczeć. Kiedy się dość uspokoiła, nastolatek zaczął mówić.
-Jestem Aaron- wypowiedział swoje imię, jakby pieścił każdą literę z osobna.- A wy to Lea i Ruby, prawda?
Przełknęłam ślinę i spojrzałam ukradkiem na przyjaciółkę, ale ona ślepo wpatrywała się w chłopaka.
-Skąd wiesz?- zapytałam. Aaron uśmiechnął się znów i takim samym wzrokiem co poprzednio popatrzył na mnie.
-Obserwowaliśmy was- mruknął.
-Co z nami zrobicie?- Lea znów podniosła głos i wstała z kanapy. Chłopak obserwował jej każdy krok i nie tylko.
-Zaopiekujemy się wami przez pewien czas, a potem was wypuścimy.
Wstałam, nadal nie spuszczając wzroku z emo chłopaka.
-Zaopiekujecie?- warknęła Lea, patrząc przez okno.- Co to ma znaczyć?
-Wiemy, że szukacie lustra. Nasi ludzie obserwowali was od momentu wkroczenia na terytorium Adele.
-Chciała nas otruć!- odezwałam się, a moje oczy zabłysnęły.
Chłopak uśmiechnął się, jak zawsze, gdy spoglądał na mnie.
-Jesteś spostrzegawcza.
-Lea to odkryła, ale po co nas związaliście.
-Musieliśmy sprawdzić, jak radzicie sobie z zagrożeniem- mruknął, bawiąc się rękami. Miał ubrane czarne rękawiczki z odciętymi palcami.- No i nie radzicie sobie, dlatego was nauczymy.
-Dlaczego to robicie?- zapytała Lea. Jej głos był teraz spokojny i cichy.- Co czeka nas dalej?
-Coś, z czym nie dałybyście sobie rady, ale nie możemy wam powiedzieć.
-Podobne słowa wypowiedziała Adele, też chciała nam pomóc- powiedziałam.
Usiadłam z powrotem na kanapę i odchyliłam głowę do tyłu. Zamknęłam oczy i zaczęłam recytować końcówkę piosenki - przepowiedni.
-Dwie osoby na świecie, jedna śmierć poniesie, dwie smutne twarze, druga zniknie w bezkresie- wyszeptałam.- Fatalne rymy.
-Powiedz to temu trupiakowi, który grał na fortepianie. Do teraz nie umiem pozbyć się stęchlizny z płuc.
  • awatar be yourself: świetne, czekam na następny rozdział *.*
  • awatar ☆LoversGonnaLove♥: Mroczny i ciekawy rozdział ... odpisuje zawsze z opóźnieniem, bo nie mam powiadomień. Spodobał mi się ten kawałek.. Aron .. Ciekawe imię . <3
  • awatar Gość: Hehehe "choć to ja zawsze odzywałam się w sklepie za nią." :D skad my to znamy Ruby? :D piekny rozdzial <3 emo fuj :P
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Patrzyłam na oddalający się za moimi plecami domek Adele. Jeszcze przez chwilę machała nam na pożegnanie, jednak kiedy przekroczyłyśmy bramę, uciekła do domu. Nie dziwiłam się jej, jesienne poranki są mroźne, ale za to bardzo słoneczne. Zima się spóźnia, co bardzo mnie cieszyło, bo kocham patrzeć na kolorowe liście, opadające swobodnie na ziemię. Gdy obejrzałam się przez ramię i spojrzałam w okno, mignęła mi twarz Christophera. Choć nie widziałam dokładnie, jaką ma minę, czułam, że jest poirytowany i smutny. Nie było mi go szkoda, nie przepadałam za nim, ale Ruby widocznie coś do niego czuła. Próbowała to ukryć, ale jej oczy były smutne, jak wtedy, kiedy mówiła o Nicku.
-Jeszcze kiedyś go spotkasz- powiedziałam szeptem, lecz nie byłam pewna, czy dziewczyna usłyszała, bo przez dłuższą chwilę po prostu wpatrywała się w niebo.
-Kogo?
Ruby nigdy nie zdradza swoich uczuć do chłopaków, dlatego sama musiałam ją przycisnąć.
-Christophera- warknęłam, jednak był to przyjacielski odruch.
-Czy w ogóle wrócimy?- pytanie zawisło w powietrzu. Bałam się odpowiedzi, jak i samego pytania, ale przełknęłam wielką gulę i wydukałam kilka słów.
-Damy radę- ledwo mówiłam.- Damy radę, przecież wiesz o tym.
-Już tyle osób przed nami nie dało, co z nimi się stało?- pytała.- Co jest na końcu tej gry, że nikt nie potrafi jej przejść?
-Nie porównuj życia do gry, to całkiem co innego- westchnęłam, bo sama nie umiałam tego pojąć, ledwo oddzielałam jedno od drugiego.
-Co z Josephem?
Jego imię obiło się echem w mojej głowie. Joseph, o tak pamiętam, niestety moja pamięć jest ogromnym ciężarem.
-Nie wiem, ma dziewczynę, więc nie będę się wtrącała w jego życie- mruknęłam.- Sama boję się wrócić i spojrzeć na niego. Zacznę go unikać, jak zawsze z resztą.
-Taa, wtedy jesteś taka śmieszna!- odpowiedziała, a na jej twarzy pokazał się uśmiech.
-Nie prawda!
-Co zrobimy jak znajdziemy te lustra?
-Wrócimy do szkoły i będziemy się dalej uczyć- powiedziałam, choć nie miałam pewności co do tego.
Popatrzyła na mnie, znów parskając śmiechem.
-Jasne, już to widzę, jak po tylu przygodach będziesz się uczyć historii i uciekać przez Josephem.
-Mam dość życia na ten dzień- mówiłam, skupiając wzrok na kolorowym niebie.- A jeszcze dobrze się nie zaczął.
-Będzie wyjątkowy, od teraz wszystko będzie takie...- głos przyjaciółki oddalał się z kolejnym jej słowem. Czułam się jak w ogromnej bańce mydlanej. Wiedziałam co to znaczy, i że powinnam się wyluzować, w końcu ostatnie wizje mnie nie zabiły, ale w głowie zapaliła mi się lampka "uciekaj". Jakbym jeszcze nie straciła równowagi i obraz przed oczami nie był czarny, może zdołałabym rzucić się pędem przed siebie. Przełknęłam ślinę i wyczułam pod rękami trawę, zamknęłam oczy, by wizja skończyła się jak najszybciej.
Zrobiłam oddech, w którym wyczułam zgniliznę. Nie chciałam podnosić powiek, ale nie miałam wyjścia. Nie dowiedziałabym się za wiele, gdybym po prostu leżała. Podniosłam się z zimnej podłogi na łokciach i przetarłam oczy. Czułam jak z każdym ruchem głowy, moje serce coraz szybciej bije. Wstałam powoli, próbowałam nie upaść, choć świat jeszcze się kręcił. Zatkałam nos i znów rozejrzałam się, gdy wzrok przyzwyczaił się do ciemności. Pokój był nieduży, czarne kontury ścian zlewały się ze sobą. Usłyszałam cichy dźwięk, jakby początek piosenki, nad którą zastanawiałam się od początku mojej wędrówki. Krok, następny i kolejny. Wystawiłam rękę, która od razu wtopiła się w czarną farbę ściany. Przy niej piosenka była coraz głośniejsza, ale żeby usłyszeć tekst, musiałam przejść przez nią całą. Wdech i zapach zgnilizny nie dodały mi otuchy, więc policzyłam do trzech i przeszłam przez ścianę.
Światło oślepiło moje oczy, od razu zasłoniłam je rękami. Poczułam jak strach rozchodzi się po moim ciele, niczym trucizna. Byłam w śnieżnym pokoju, w którym znajdowały się dwa okna. Przede mną stał lśniący, biały fortepian, a człowiek, który na nim siedział, śpiewał niezrozumiałe dla mnie słowa. Chciałam zbliżyć się do niego, jednak smród wydawał się coraz gęstszy i ohydniejszy. Podeszłam do okna, by je otworzyć, ale nie znalazłam klamki. Za szybą padał deszcz. Przypatrzyłam się mu bliżej, jednak to nie były krople wody.
-To szkło- odezwał się mężczyzna, grający nadal na fortepianie.
Odwróciłam się natychmiastowo, jednak jego wzrok był nadal skupiony na nutach. Podeszłam bliżej, próbując nie zwymiotować od zgnilizny, która przedostaje się do moich nozdrzy.
-Twoje palce- mówiłam z przerażeniem.- One gniją.
Mężczyzna przestał grać. Jeśli jego ręce wyglądały jak zielone paluszki, których nie mogłam porównać do dłoni ludzi, to nie chciałam widzieć jego twarzy.
-Spostrzegawcza z ciebie dziewczyna- jego głos przeszył moją głowę.
-Jaka jest dalsza część przepowiedni?- moje słowa były kruche i ciche, jak u małego dziecka, kryjącego się przed nocnym potworem.
-Posłuchaj.
Zaczął grać, a jego dłonie ruszały się z wdziękiem, jakby nie miały stu lat. Zamknęłam oczy i poczułam jak ogarnia mnie piękna piosenka. Nie zwracałam uwagi na wstrętny zapach i pisk w uszach. Gdy otworzyłam oczy zaczęłam recytować przepowiednie, choćbym znała ją na pamięć.
*Dwa stłuczone lusterka, dwie zagubione części,
Dwie rozsypane dusze, dwie zagięte pięści,
Dwie osoby na świecie, jedna śmierć poniesie,
Dwie smutne twarze, druga zniknie w bezkresie... *
W uszach mi dudniło, kiedy Ruby schylała się nade mną, patrząc mi prosto w oczy i wypytując co się stało.
-Co to znaczy?- dotarło do mnie, wypowiadane już kilka razy zdanie.- Ktoś zginie, prawda?
-To nie musi się stać, możemy odpuścić- powiedziałam.
-Nie, już w tym jesteśmy, teraz wstawaj, bo słońce już na niebie, poszukiwania nadal trwają- mówiła.- Jeśli nie będziemy się ukrywać, złapią nas.
-Do lasu?- zapytałam, jednak mój głos był zachrypnięty. Ruby uśmiechnęła się zadziornie.
-Z tobą do lasu?- zaśmiała się.- Jeśli to ostatnie chwile mojego życia, wolałabym seksownego chłopaka z niesamowitą klatą, który nosiłby mnie na rękach.
-Tu się walnij- pokazałam na czoło.
-Sama byś chciała!
-Czemu Josepha nie ma wtedy, gdy go potrzebuję?- parsknęłam śmiechem i zamknęłam oczy, czując w płucach zapach zgnilizny.
  • awatar ☆LoversGonnaLove♥: Super rozdział. Zabawny i mroczny jednocześnie. <3 Pisz daleeej .
  • awatar Gość: Piosenka taka piekna<3 zaje rymy :D a lesi i tak was zgwalca... :(
  • awatar Expirion.: JEJU <3 kocham twoje opo <3 Jest medżik i mam twój list <3 I dziś skromnie, bo ide na pierwszą miłość xd ale jest zaje :O każdy rozdział jest ciekawszy loool <3 Czekam no :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Siedzieliśmy przy stolę w dużym pokoju. Ruby otrząsnęła się z niespodziewanego odloty, więc mogła włączyć się do rozmowy z babcią chłopaka. Każdy z nas trzymał w rękach kubek z gorącą herbatą, miał na plecach koc, by choć trochę ogrzać się w lodowatą noc. Słońce zaszło, dochodziła jedenasta wieczorem, pora odpoczynku zbliżała się, jednak byliśmy za bardzo podekscytowani, a zarazem zmęczeni opowieściami Adele, by zasnąć. Kobieta wiedziała coś na temat luster, ale musieliśmy przebrnąć przez długi wstęp, czyli prawie całe jej dzieciństwo.
-Do domu mojej matki przychodzili ludzie- mówiła, kończąc opowieść.- Byłam wtedy mała. Mama zawsze mi powtarzała, że kupują od nas jajka! Ha, oczywiście wierzyłam, w końcu mieliśmy dużą farmę, zanim cała ta wieś się rozrosła. Nastolatki, może w waszym wieku, gadali do późna z matką, a ja przesz szparkę w drzwiach podsłuchiwałam ich rozmowy!
-O czym rozmawiali?- zapytałam. Mój głos rozbrzmiał dziwnie, bo przez dłuższą chwilę się nie odzywałam. Żadne z nas nie miało odwagi przerwać babci Christophera, nawet sam jej wnuk.
-Szukali lustra, przeważnie była to dwójka nastolatków, ale teraz nie jestem pewna...- spojrzała na każdego z osobna.- Raz, dwa, trzy- wyliczała, wskazując na nas palcem.- Trzy osoby... dlatego się zdziwiłam, gdy was zobaczyłam. Nie byłam pewna po co przyszliście, może tylko odwiedzić mnie? Kupić jajka?
-Masz rację, o dwóch osobach mówiła przepowiednia- mruknęłam, próbując nie patrzeć Adele w oczy. Nie lubiłam tego, Ruby zawsze mówiła, że przez oczy zagląda się do czyjejś duszy, a ja po porostu nie miałam na to odwagi. Było to dla mnie za bardzo stresujące, przerażające i krępujące.
-Czyli ktoś z was ma dar...- to nie było pytanie, tylko stwierdzenie skierowane do Ruby, która poczerwieniała na twarzy.
-To nie ja- próbowała się bronić, gestykulując przy tym rękami.- To Lea!
Wzrok babci przeniósł się na mnie. Czułam się obserwowana przez trzy pary oczu, o trzy pary za dużo.
-Doprawdy?- spytała.
-Ty i dar?- zapytał kpiąco Christopher, a Adele zmierzyła go wzrokiem.- Ty boisz się odezwać i niby masz mieć jakiś super dar? Przecież to Ruby zemdlała kilka godzin temu.
-Co ty możesz wiedzieć o tym wszystkim?- spytałam, a po chwili dodałam.- Nie wtrącaj się!
-Co takiego wskazuje na to, że masz dar?
Pierwszy raz spojrzałam w ślepia babci w okularach. Opowiedziałam jej wszystko, to co pamiętałam. Każdy szczegół snu i pierwszego odlotu. Nawet zanuciłam kawałek piosenki, a kobieta od razu zaczęła ją podśpiewywać.
-Znasz dalszą część?- zapytałam.
-Nie mogę wam nic mówić, musisz sama znaleźć odpowiedź, jestem pewna, że masz dar- mówiła.- Ja jestem tylko przewodnikiem, mogę was naprowadzić.
-Naprowadzić gdzie? Do tych zaciśniętych pięści? To tam są lustra?- pytała Ruby, podnosząc się ze stołu, na którym prawie spała.
-Jedno tak, ale o drugim nic nie wiem, to jest zagadka i tylko jedna może ją rozwiązać.
-Dlatego jesteśmy dwie- powiedziałam do siebie.
-Co stało się z innymi ludźmi, przecież minęły wieki?- odezwał się Christopher, a mnie zmroził dreszcz. Czułam, że jak tylko zamknę oczy, wszystko powróci. Czarny pokój, potłuczone lustro i rany na moim ciele. Słyszałam już w mojej głowie melodię przepowiedni. Ścisnęłam pięści, próbując z tym walczyć.
-Zniknęli, nie odzyskali luster, dlatego nadal jestem przewodnikiem- rzekła.- Będę wiedzieć, kiedy to się stanie, takie już moje zadanie, zawsze muszę być gotowa, a jeśli umrę, wtedy twoja matka przejmuje pałeczkę.
Otrząsnęłam się, by nie zasnąć przez przypadek. To oznaczałoby kolejną nieprzespaną noc z fatalną przepowiednią w tle i ogromnym bólem.
-Dwie zagubione dusze?- szybko zapytałam o przepowiednie.
Kobieta wzruszyła ramionami.
-Nie mogę wam więcej powiedzieć.
-Jesteś przewodnikiem- rzuciła Ruby.- Powinnaś nam mówić jak najwięcej.
-Wszytko po kolei, kochaniutka.- Spojrzała na zegar i potem uśmiechnęła.- Czas spać, za chwilę gaszę światła.
Przełknęłam głośno ślinę, a pot spłynął mi po czole, choć wcale w pomieszczeniu nie było ciepło. Adele popatrzyła na mnie z przejęciem.
-Ty pójdziesz ze mną, dam ci coś na to- szepnęła, jednak Ruby otrzepała się i popatrzyła na nas z zaciekawieniem .
-Co jej jest?- zapytała od razu.
-Przepowiednia nadchodzi- mruknęłam.- Czuję się, jakbym miała zwymiotować.
Babcia zaśmiała się i chwyciła mnie pod rękę. Wspaniała pomoc, uratowała mnie przed przewróceniem się o własne nogi, które teraz były jak z waty.
-Spokojnie, zaraz będzie lepiej.
Adele zaprowadziła mnie do kuchni, gdzie nastawiła wodę na kolejną herbatę. Wyjęła z rozpadającej się szafki małe pudełko z tajemniczą zawartością. Podała mi je, abym powąchała. Wciągnęłam zapach razem z parą wodną, która unosiła się z czajnika. Ogarnął mnie spokój, ale to nie wystarczyło, żeby normalnie zasnąć. Czułam się śledzona przez dar, jakby czaił się tuż za rogiem, czekając na odpowiednią chwilę.
-To melisa- powiedziała. Skrzywiłam się, kiedy dotarło do mnie, że znam to zioło.
-Chcesz mnie uleczyć tym zwykłym zielskiem?- spytałam.- To przecież na uspokojenie.
Babcia uśmiechnęła się przyjemnie i wsypała łyżeczkę do mojego kubka. Zalała powoli wodą, a potem przykryła naczynie talerzykiem.
-Złociutka, to wystarczy. Czasem nie trzeba wiele, żeby powstrzymać ogromne problemy- mówiła.- Powinnaś o tym wiedzieć i nauczyć się tego na pamięć!
Spojrzałam na Adele, która myła naczynia w zlewie, nucąc przy tym jakąś ludową piosenkę.
-Prawdziwa z ciebie filozofka- powiedziałam.- Przypominasz mi jakąś wieszczkę, może nią jesteś?
-Nie jestem postacią z bajki, kochaniutka.
Wzruszyłam ramionami i zdjęłam talerzyk z herbaty. Upiłam łyk gorzkiego i wrzącego naparu. Nigdy bym nie powiedziała, że po takim czymś, może zrobić mi się lepiej. Odetchnęłam z ulgą, mój prześladowca nie ma dzisiaj ze mną szans.
-Teraz już idź spać, najlepiej wyruszcie szybciej niż mój wnuk się obudzi, nie jestem pewna, czy pozwolę Christopherowi iść z wami.- W jej głosie wyczułam nutkę przygnębienia. Zamknęła oczy i pochyliła głowę w dół.- Martwię się o niego, to wasza wyprawa i on nie może ingerować w wasze losy.
-On chyba mnie nie lubi- odparłam.- Myślę, że coś czuje do Ruby.
-Taki mój wnuk kochliwy od najmłodszych lat!
-Nie chcę z nim podróżować- powiedziałam stanowczo.- Czuję się głupio, kiedy muszę się do niego odezwać. Jeszcze przed chwilą mnie wyśmiał.
-Zatrzymam go- uśmiechnęła się znowu babcia Christophera.- Przygotują wam jutro prowiant, teraz już śpij, musisz wypocząć.
Przytaknęłam i dopiłam herbatę. Odłożyłam kubek i pożegnałam się z Adele. Kiedy położyłam się na posłanie, tuż obok Ruby, która chrapała jak wściekła, zasnęłam, ledwo zamykając oczy.

-Lea, pobudka- usłyszałam głos Ruby, tuż przy moim uchu.- Kto rano wstaje...
-Tak, tak, wiem- odpowiedziałam z zamkniętymi oczami. Przeciągnęłam się leniwie i podniosłam powieki. Przede mną stała Ruby z uśmiechem na twarzy.
-Masz dziesięć minut na umycie się!- mówiła.- Po lewej jest łazienka!
Wstałam z ponurą miną i chwyciłam plecak. Choć w pokoju nie było nikogo oprócz mnie i Ruby, czułam się obserwowana, przez niejedną parę oczu. Przełknęłam ślinę i poczłapałam po zimnej podłodze do łazienki. Znajdował się tam mały prysznic, umywalka i ubikacja. Popatrzyłam na swoje odbicie w lustrze, dziękując za tak choje wyposażenie pokoju.
Kilka minut później byłam już gotowa do przywitania nowego dnia i stawienia czoła wyzwaniom.
Usiadłam na krześle na przeciwko Christophera. Ledwo umiałam znieść jego arogancką minę, bo krew gotowała mi się na jego widok. Adele przynosiła razem z Ruby talerze ze śniadaniem. Kubki z herbatą już stały na stole. Poczułam, jak z mojego unosi się piękny zapach gorzkiego zioła. Melisa.
-Pomóc wam?- spytałam, spoglądając na przyjaciółkę. Posłała mi tylko szczery uśmiech i zniknęła w drzwiach kuchni.
-Siedź, poradzą sobie- usłyszałam głos Christophera.- Musimy dzisiaj dotrzeć przed zmierzchem do następnej wioski, to będzie trudny orzech do zgryzienia.
-Nie idziesz z nami- mruknęłam, upijając łyk naparu.
-Postradałaś zmysły, czy co?- zapytał kpiąco.- Muszę iść z wami, nie poradzicie sobie beze mnie. Jesteście jak bezbronne owieczki, czekające tylko na pożarcie.
-A ty jesteś kim? Psem, który nas pilnuje?
-Trafiłaś w dziesiątkę!
Podniosłam się z krzesła i oparłam ręce na blacie. Spojrzałam w oczy chłopaka z takim gniewem, którego nigdy jeszcze nie czułam.
-Nigdzie nie idziesz! Jasne?!- warknęłam, jakbym była wilkiem, a on tylko małą owieczką.
-Bo co?
-Bo ja ci nie pozwolę- odezwała się tym razem Adele, trzymając w rękach półmisek z jajecznicą.- To ich misja, a ty nie możesz się mieszać w nie swoje sprawy! To nie ciebie wybrali na poszukiwanie luster, tylko Leę i Ruby!
Złożyłam ręce na piersiach, patrząc z pogardą na Christophera.
-Siadajcie dzieci do stołu i jedźcie, musicie wysuszać- popatrzyła na wnuka.- A ty masz iść prosto do szkoły!
  • awatar Gość: "żyjemy dłużej, ale mniej dokładniej i krótszymi zdaniami" W.Szymborska <3 takie piękne taki super zaje rozdzaił omgomgomgomg bosko świetnie superrrr <3 zaje naj naj *.*
  • awatar TaWybrakowanaaOla: Ahh ... Super opowieści . Życiowe .
  • awatar I just don't know...: kurcze. wróciłam po roku i mam mnóstwo u Ciebie do nadrobienia. ale warto :) super pisałaś i dalej piszesz. powodzenia! <3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Szłam z opuszczoną głową, minęła zaledwie godzina, a moje nogi odmawiały posłuszeństwa, jakby minęło kilka dni. Nadal byliśmy na leśnej dróżce, drzewa otaczały nas z każdej strony, zasłaniając żółte promienie słoneczne. Rozglądałam się wokół, patrząc na przyrodę, miałam głowę pełną myśli, których nie umiałam się pozbyć. Wspomnienia odradzały się za każdym razem, gdy spoglądałam w inne miejsce. Słońce i niebieskie sklepienie przypominało mi dzień, w którym spotkałam Nicka. Pamiętam jego uśmiechniętą twarz i za niskie spodnie. Tęskniłam za nim, Christopher nawet w części go nie zastępuje, a przecież jest jego przyjacielem. Niby dobrze mi się z nim rozmawia, o wiele lepiej niż Lei, która ma go najwidoczniej dość. Nie odezwała się dzisiaj ani słowem od rana.
-Daleko jeszcze?- spytałam Christopher.
-Za chwilę powinniśmy trafić na wioskę, tam zatrzymamy się na noc- odpowiedział pewny siebie.
-Coś za dobrze znasz tą drogę- odburknęła Lea. Nie wierzyła chłopakowi, nie miałam jej tego za złe, ja znałam całą paczkę Nick, więc mogłam mu ufać.
-Moja babcia mieszka w tej wiosce, często ją odwiedzam, jak za dużo wypiję- mruknął, niezbyt zadowolony z tonu Lei.- Mama wtedy nie wpuszcza mnie do domu, więc gdzieś muszę się zatrzymać.
-Jasne- mruknęła pod nosem przyjaciółka.
Spojrzałam na nich z wyrzutem.
-Nie kłóćcie się, mamy jeszcze dużo drogi do przebycia.
Lea pokiwała głową i przyspieszyła. To wszystko musiało być dla niej trudne. Zostawiła w mieście całą rodzinę bez słowa, nauczyciele i inni pracownicy szkoły na pewno się przejęci naszym zniknięciem, nie mówiąc już o moich bliskich. Policja pewnie przeszukuje już las, a helikoptery dawno latają nad miastem. Dreszcz przeszedł mi po plecach. Chciałabym mieć to wszystko już z głowy, sama nie wiedziałam po co nam to lustro, po co ja tutaj jestem, dlaczego to robię. Martwiłam się o przyjaciółkę, która nie umiała się zakolegować z Christopherem, nie miała nawet z kim pogadać, bo chłopak cały czas coś mi truł.
-Za kilka minut będziemy- powiedział Christopher. Przed nami rozciągała się mała wioska, w której, o dziwo, mieszkało sporo osób. Kury chodziły pod naszymi nogami, a w powietrzu unosił się naturalny, swojski zapach. Pamiętam go do dziś, gdy bawiłam się z kuzynką u babci na wsi. Goniłyśmy kury, chodziłyśmy na pole, gdzie rosło drzewo. Wisiała na nim huśtawka, którą uwielbiałyśmy, lecz potem ktoś ją zniszczył i odcięli liny, żeby nic się nikomu nie stało. Babcia umarła, a jej dom nie wyglądał już tak jak przedtem. Ona nadawała mu znaczenia, wnosiła w niego życie i radość, teraz to co innego.
-Och, jestem strasznie głodna!- uśmiechnęłam się do chłopaka.
Lea stanęła obok nas, gdy dotarliśmy do jednego z domków. Zapukaliśmy, a w drzwiach stanęła starsza pani. Jej kolorowa chustka okrywała siwe włosy. Długa, ciemna sukienka zasłaniała nogi, a fartuszek dodawał całości wdzięku. Gospodyni uścisnęła chłopaka i wpuściła nas do środka.
-Myślałam, że przestałeś włóczyć się z tą twoją bandą!- krzyknęła z kuchni.- Nie myliłam się!
-Nigdy się nie mylisz babciu- przytaknął Christopher.- Spoważniałem.
-Wiedzę! Dwie dziewczyny przyprowadzasz i to naraz! To niespotykane, nawet wśród takich męskich i przystojnych chłopaków jak ty!
Zaczerwienił się. Babcia Christophera przyniosła nam zupę i drugie danie. Od razu wszystko zjedliśmy, w końcu nie mieliśmy nic w żołądku od rana. Upiłam łyk kompotu i wyjrzałam za okno. Zamknęłam oczy i poczułam jak swojskie powietrze wypełnia moje płuca. Tęsknota powróciła, a z nią nowe uczucie i kolejny strach.
Gdy podniosłam powieki, nic nie było tak jak minutę wcześniej. Ciemne ściany otaczały mnie ze wszystkich stron. Stęchły zapach mieszał się z zimnym wiatrem, który dmuchał mi prosto w twarz. Nie widziałam żadnego kawałeczka lustra, nie usłyszałam żadnej muzyki i szeptów jak Lea. Byłam w ciemności, której tak ogromnie się bałam. Zrobiłam krok w przód, potem następny i kolejny. Nic się nie działo. Przerażała mnie ta sytuacja. Nie chciałam nawet wyobrażać sobie co czuła przyjaciółka, gdy odpływała.
-Halo?!- krzyknęłam. Echo rozniosło się momentalnie, odbijając od ścian. Podeszłam do jednej i próbowałam jej dotknąć, ale ona przeszła mi przez palce, jakby była tylko iluzją. W głowie pojawiło mi się jedno słowo. *Uważaj*.
Chciałam krzyknąć, ale głos ugrzęzł mi gdzieś w gardle, potem nadeszły głosy dziewczyny.
-Ruby, obudź się!- chyba wrzeszczała, ale ja słyszałam ją jak przez mgłę.- Nie rób mi tego! To ja powinnam zemdleć, nie ty!
Zamknęłam ponownie oczy, ale kiedy je otworzyłam, nadal tkwiłam w tym samym pustym, ponurym pomieszczeniu.
-Zaprowadźmy ją do łóżka, pewnie jest przemęczona- powiedziała, bez większych emocji, starsza kobieta.
-Nic nie rozumiesz- warknęła przejęta Lea.- Tu nie chodzi o przemęczenie, tu chodzi o jakieś głupie lustra!
Nic nie widziałam, ale wiedziałam, że dzieje się coś dziwnego. Nagła cisza nie może wróżyć nic dobrego.
-Tutaj!- pojawił się nagle głos zza ścian.- Czyli to wy, tak?
Ciemność zdawała się pogłębiać, już nie widziałam własnych dłoni. Nawet krzyki zdawały się szeptem. Przerażona, skuliłam się w kulkę na podłodze, schowałam głowę między kolana i czekałam na dalszy ciąg wydarzeń.
Otworzyłam oczy wypuszczając stęchłe powietrze z płuc. Leżałam po sam kark przykryta kocem, miałam dreszcze, a z czoła skapywał mi pot. Odgarnęłam włosy, patrzyły na mnie trzy pary ślepi.
Christopher stał przy oknie, niewzruszony całą sytuacją. Lea trzymała mnie za rękę, a babcia chłopaka miała w ręce kubek herbaty. Wszyscy czekali na moje oprzytomnienie, wszyscy się o mnie martwili.
Przełknęłam ślinę, nie zdając sobie sprawy z nerwowej atmosfery, panującej w pokoju. Podniosłam się na łokciach, czekając na wyjaśnienia.
-Babcia Christophera wie coś o lustrach- mruknęła przyjaciółka, wpatrując się w podłogę, jakby to była najpiękniejsza rzecz na świecie.
-Przepraszam- wydukałam. Dziwnie się czułam, gdy znów odzyskałam głos. Opadłam na poduszkę, spojrzałam na sufit. Strach przeszywał mnie od środka.
-Nic nie szko...
-Miałaś rację- przerwałam jej.- Musimy znaleźć te lustra, to co przeżyłaś w śnie i wtedy w stołówce... Nie wierzyłam ci, nie chciałam wierzyć, bałam się, że to kłamstwo. Chciałam uciec i wycofać się z poszukiwań, ale teraz już jestem pewna, że to nie ściema. Tyle wycierpiałaś, a ja miałam to w dupie.
Lea puściła mi rękę i wstała.
-Jestem przyzwyczajona tego, że ludzie mi nie wierzą- powiedziała.- Jestem po prostu dziewczynką, uczennicą, która nie rzuca się w oczy, która jest traktowana jak pięciolatka, która nie jest poważna pod żadnym względem. Spokojnie, przywykłam.
-Nie mów tak! Wiem, że jest ci ciężko.
Spojrzała na mnie. Jej oczy były przesiąknięte łzami jak gąbka.
-Ciężko? Poniżanie mnie to nic, ja po prostu się boję...- mruknęła.- Boję się, że nikt mnie nie zrozumie, że zostanę taka, za jaką jestem do tej pory postrzegana. Słodka, wredna, głupiutka. Jestem całkowicie inna- wskazała na serce.- Tu, w środku jest prawdziwa ja, o której boję się powiedzieć, bo ludzie nie przywykli do ujawniania prawdziwych uczuć. Mogą je zniszczyć, pomiatać nimi, a ty staniesz z boku z bólem i wyrzutami sumienia, że im je wyjawiłaś. Wtedy możesz tylko żałować, bo każdy kolejny ruch, zostanie użyty przeciwko tobie.

  • awatar ☆LoversGonnaLove♥: Te słowa ... Na samym końcu ... To są słowa prawdy ... To jest to czego większość z nas potrzebuje .. Uczucia i powierzyć komuś te uczucia ! Piękny rozdział <3 Liczę na dalszą część .. Co z tymi lustrami ?
  • awatar Chodzące Ciacho xd: Super blog!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
  • awatar Expirion.: Idealny. Bardzo mi się spodobało zakończenie, takie realne, prawdziwe, naturalne.. Pasuje do również do mnie. Niesamowicie się opisałaś ^.^ Rozdział piekny. I ten zaje obrazek <3 czekam słupie :*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Około czwartej trzydzieści opuszczaliśmy miasto. Słońce jeszcze nie wstawało, zazdrościłam mu, że może się wylegiwać, zostawiając całą robotę księżycowi. Spojrzałam na uśpione miasto, które zostawiałam za sobą. W trójkę szliśmy ziemistą drogą, otaczały nas trawy i drzewa. Za kilka chwil mieliśmy wejść do lasu, a ja nadal bałam się robić kolejne kroki. Ruby trzymała mnie pod ręką, tak jak zawsze to robiła, gdy było nam zimno, ale czułam, że ją też napadł lęk. Tylko brunet zdawał się nie wzruszony, nie odzywał się przez całą przebytą drogę. Nie miałam odwagi nawet spojrzeć mu prosto w twarz, choć nam pomógł.
-Musimy gdzieś odpocząć, znaleźć jakieś miejsce w lesie- mój głos przerwał ciszę pośród drzew.
-Masz rację- przytaknął Christopher.- Chodźcie za mną, wiem, gdzie możemy odpocząć.
Nie sądziłam, że chłopak będzie mógł aż tak nam pomóc. Uśmiechnęłam się do siebie. Szłyśmy za nim przez gęste trawy, omijając krzaki pokrzyw i jagód. Kilka minut później byliśmy na polance, małej, ale bezpiecznej. Położyłam plecak na ziemi, a Ruby wyciągnęła ze swojej torby koc.
-Zabrałaś ze sobą koc?- zapytałam głupio. Nie pomyślałam o śnie, kiedy uciekałam, jednak Ruby była na wszystko gotowa.
-Pomyślałam, że się przyda- odpowiedziała.
-I miałaś rację- powiedział chłopak, uśmiechając się do przyjaciółki. Zauważyłam u niego błysk w oczach, ale nie chciałam nic mówić Ruby, w końcu była po uszy zakochana w Nicku.
Rozłożyła koc, a Christopher poszedł po drewno na ognisko. Zostawiłam mu zapałki i położyłam się obok przyjaciółki. Patrzyłyśmy w gwiazdy, które świeciły jeszcze chwilkę swoim niesamowitym światłem. Księżyc zniknął gdzieś za drzewami, choć tak naprawdę wolałam wpatrywać się w niego, reszta wywoływała za bolesne wspomnienia.
-Są piękne, prawda?- odezwała się przyjaciółka.- Podobno jak ludzie spojrzą w tej samej na gwiazdy, to są sobie przeznaczeni.
-Myślisz, że zostaniesz moim chłopakiem?- zapytałam, śmiejąc się cicho.
-Ale ty jesteś głupia!- mruknęła.- Powiedziałam to Nickowi, kiedy pisaliśmy na czacie.
-I uwierzył?
-Nie mam pojęcia.
-Wczoraj, zanim poszłam spać i miałam ten przedziwny sen, napisał do mnie Joseph. Był inny niż w szkole, nie zachowywał się jak gwiazdor, albo debil zadufany w sobie. On pokazał mi swoje uczucia, powiedział, że kocha gwiazdy i uwielbia w nie patrzeć. Na pożegnanie napisał, że chce, żeby nam się przyśniły gwiazdy, bo są naprawdę piękne.
-Myślisz, że jego nowa dziewczyna też jest taka uczuciowa jak on?- mówiła Ruby.- Chloe powiedziała, że niezła z niej imprezowiczka, ciekawe czy też żywi do czegoś sentyment.
-On jest taki sam, ale potrafi się otworzyć, mówić z uczuciami, okazywać je- szeptałam.- Nawet ja nie wiem, czy jestem w stanie zapanować nad własnym płaczem i lękiem, a on tak po prostu mówił o swoim strachu.
-Nie mów tak, niektórzy poznają siebie całe życie
-Mi go zabraknie, aby się poznać do końca- mruknęłam wprost do gwiazd. Zakryłam ręką twarz, by nie patrzeć na jaśniejące niebo, chciałam mieć w pamięci te nocne, ciemne.
-Przestań, wiesz, że tak nie będzie- powiedziała do mnie.- Masz mnie, ja ci pomogę, a ty pomożesz mi, jak na kartkówkach i sprawdzianach w szkole.
-Nie przypominaj mi o szkole, mam wyrzuty sumienia po zwianiu i roztrzaskaniu lustra.
Usłyszałam szelest liści, spojrzałam w ciemność, by sprawdzić, kto taki chce nas napaść. Na szczęście lub nieszczęście był to tylko Christopher z drewnem na rękach. Zbliżał się powoli, ociężale, ale sprężyście, tak by jego niskie spodnie nie spadły mu aż do kolan. Nie dziwiłam mu się, że chciało mu się spać, przebyliśmy tak wiele i prawie cały czas biegnąc, więc każdy z nas był zmęczony. Podniosłam się na łokciu.
-Jak wrócę i nie wsadzą mnie do poprawczaka, to kupię ci pasek do spodni- powiedziałam mu. Nie było to nieuprzejme, chłopak nawet się uśmiechnął, a ja padłam na koc i zasnęłam.

Kręciłam się jeszcze długo po wzejściu słońca. Dzień był gorący, a lekka mgła opadła już dawno temu. Przetarłam oczy i rozejrzałam się. Ruby i Christopher zniknęli, zostawiając zapalone ognisko. Podniosłam się, wygrzebując z plecaka kosmetyczkę. Poprawiłam lekko makijaż i poczesałam włosy, które na szczęście były wczoraj umyte. Westchnęłam powoli, mając nadzieję, że wszystko zaraz zniknie i znów będę w swoim pokoju. Odliczyłam do trzech, ale nic się takiego nie stało. Znów patrzyłam na swoje odbicie w podręcznym lusterku.
-Już wstałaś!- krzyknęła do mnie Ruby, wyłaniając się z krzaków. Zmarszczyłam brwi, kiedy zaraz za nią wyszedł Christopher, niosąc zużytą butelkę z wodą.
-Znaleźliśmy strumień, pomyśleliśmy, że chcesz się odświeżyć- odezwał się chłopak. Cały czas tylko "my", pomyślałam urażona. Czułam się zazdrosna, że mojej przyjaciółce tak szybko udało się znaleźć "bliskiego kolegę". Patrzyła na niego z tym samy błyskiem w oku, jak on wczoraj na nią. Nie wiem, co takiego przespałam, ale nie miałam zamiaru o tym myśleć. Chciałam zapomnieć, wciąż czułam w brzuchu strach. Pragnęłam płakać, zamknięta w pokoju, w którym nikt mnie nie usłyszy.
Odepchnęłam od siebie narastające potrzeby i uśmiechnęłam się nieszczerze.
-Musimy ruszać dalej- stanęła przede mną Ruby.
-Pewnie, tylko się "odświeżę"- ostatnie słowo specjalnie zaakcentowałam, ale przyjaciółka tylko spojrzała na mnie kpiąco. Dziś nie był mój najlepszy dzień.
Gdy wróciłam z pustą butelką z lasu, Ruby już siedziała na plecaku razem z Christopherem. Rozmawiali o czymś cicho, lecz nie miałam ochoty tego słuchać. Po wczorajszym wieczorze odechciało mi się żyć. Całe zajście z Alice to jedna wielka pomyłka, nie mówiąc już o rozmowie z Josephem i wiadomości, że znalazł sobie dziewczynę. Tylko ja zostałam sama. Czułam się jak piąte koło u wozu, a raczej trzecie, zważając na naszą małą grupkę wycieczkową.
-Możemy iść, pewnie już szukają w całym miaście- mruknęłam.- Potem nad lasą poślą helikoptery, by przeszukały teren.
-Tylko gdzie teraz?
Odszukałam zeszyt i jeszcze raz przeczytałam kawałek piosenki.
-Dwa stłuczone lusterka, dwie zagubione części,
Dwie rozsypane dusze, dwie zagięte pięści- wypowiedziała, ledwo powstrzymując się od śpiewu.
-Dwa, dwa, dwa- myślała na głos Ruby.- Co znaczą zagięte pięści?
-Może ktoś się wkurzył i chce nas pobić?
-Nie sądzę- przerwał mi Christopher.- Chodzi o skały, tak nazywają się kamienie w jednym z parków w górach.
-Chyba żartujesz! Mamy iść tak daleko?- o mało co nie krzyknęłam.
-Znam krótszą drogę, ale jest niebezpieczna, mogę was poprowadzić.
Nie wyraziłyśmy sprzeciwu, potrzebowałyśmy przewodnika, ale czy mogłam ufać Christopherowi?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (10) ›
 

 
Siedziałam na łóżku mojej przyjaciółki, wpatrując się w mój zapisany zeszyt. Słowa piosenki mieszały mi się przed oczami, czułam na sobie wzrok Ruby, która przykryta była pod samą brodę kołdrą. Myślałam, co zrobić dalej, jak rozumieć słowa ze snu, by ominąć je szerokim łukiem, by znów normalnie żyć. Chciałam uciec przed odpowiedzialnością, nie miałam pojęcia co czeka mnie dalej, ale chwilę temu wyraziłam się jasno. Przekonywałam Ruby, by pomogła mi odnaleźć lustra, nawet jeśli były stłuczone, potrzebowałam je. Nie wiedziałam po co, ale musiałam je mieć.
-Uciekamy, Ruby- przerwałam długą, intensywną ciszę. Spojrzałam na nią, a ona odepchnęła od siebie kołdrę. W jej oczach widziałam przerażenie, choć próbowała to ukryć.
-Jesteś pewna, że to nie był tylko twój sen?- zapytała.- Może trochę cię wystraszył?
-Ja nie zmyślam, musisz mi pomóc. Przepowiednia mówiła o dwóch osobach, a stłukłyśmy lustro razem- mówiłam.- Tu chodzi o ciebie i o mnie, o nas.
-Ale boję się, że to wszystko ściema, że znajdziemy te głupie lusterka i nic się nie stanie!- krzyknęła trochę za głośno.
-Trzeba spróbować!- powiedziałam.- Masz piętnaście minut na spakowanie się
Wyszłam z pokoju i skradałam się po korytarzu jak lis, a zarazem jak wąż, zwinnie i szybko zaatakowałam klamkę do mojego pokoju, jednak nie spodziewałam się tego, co tam zobaczę. Wszystkie moje rzeczy były porozrzucane, kołdra walała się po podłodze, lampka nocna była bez klosza, a książki walały się gdzie popadnie. Na ścianie przed drzwiami wisiała kartka.
*NIE MIESZAJ SIĘ W NIE SWOJE SPRAWY*
Ktoś czegoś szukał i groził mi. Zakryłam ręką usta, aby nie krzyczeć. Czułam, jak przepływa przeze mnie fala gorąca. Ból w klatce piersiowej znów dał o sobie znać. Tak właśnie odczuwałam strach, lęk, cierpienie. Zrzuciłam z siebie piżamę i ubrałam najwygodniejsze spodnie, jakie miałam w szafie, a które nie zostały zniszczone, przez szaleńca, który był w moim pokoju. Który naruszył moja przestrzeń osobistą, który dotykał moich rzeczy, pomyślałam. Hamowałam się ledwo od paniki, dające się we znaki tuż pod moją skórą.
Ubrałam bluzkę i spakowałam kolejny komplet ubrań, bielizny, kosmetyków. Schowałam do kieszeni plecaka zapałki, gdybyśmy potrzebowały ognia, by podpalić ognisko. Scyzoryk wepchnęłam do moich spodni, razem z całym kieszonkowym jakie miałam. Spięłam włosy w kucyk w łazience, tylko ona pozostała niezniszczona, jakby osoba, która zniszczyła mój pokój, nie zauważyła drzwi do niej.
Zabrałam mój zeszyt i kartkę z groźbą ze sobą. Przed naciśnięciem klamki odliczyłam do trzech, po czym wyszłam na ciemny korytarz. Ruby już na mnie czekała, na plecach miała swoją torbę, do chodzenia po górach.
-Ktoś w internacie nie śpi- szepnęłam do niej, gdy skradałyśmy się po schodach.
-Jak to? Co masz na myśli?- jej pytania mieszały mi się w głowie.
-Zdemolował mi pokój i napisał na ścianie, bym nie mieszała się w nie swoje sprawy- mruknęłam.- Nie przejmuję się tym, im szybciej uciekniemy, tym będziemy bardziej bezpieczne- nie miałam pewności. Przekonywałam samą siebie, ale w gardle urosła mi gula, której nie umiałam się pozbyć.
-Nie wiesz kto to, prawda?
Pokręciłam głową.
-Nawet gdybym wiedziała, bałabym się tak samo, jak teraz- powiedziałam.- Więc nie ma różnicy.
Gdy zeszłyśmy na parter, zauważyłyśmy, że kamery faktycznie były wyłączone. Portiernia pani Mantis była opustoszała, a światło w niej wyłączone.
-Musiała gdzieś wyjść, może do łazienki?
-Albo do mojego pokoju- szepnęłam.- Nie wyjdziemy głównymi drzwiami, pani Mantis ma klucze przy swoim pasku.
-Przez okno? Pewnie są alarmy...- Ruby sama sobie odpowiadała na pytania.
-Możemy wybić szyby, a potem szybko zwiać.
-To głupie, szybko się zorientują, że to my- mówiła.- W końcu zauważą, że ktoś wydostał się od środka.
Przełknęłam ślinę. Ruby miała rację, musimy znaleźć kogoś z zewnątrz, tak aby wyglądało, że zostałyśmy porwane, a nie, że uciekłyśmy. Mój zniszczony pokój będzie dowodem, że ktoś po nas przyszedł.
-Dzwoń po Nicka. Tylko on może nam pomóc- powiedziałam w końcu. Wytłumaczyłam jej mój plan, a ona wystukała numer, bez sprzeciwu. Nim chłopak odebrał, udałyśmy się do łazienki, by pani Mantis, ani nikt inny nas nie znalazł, ale to był błąd. W damskiej toalecie spotkałyśmy Alice, obściskującą się z jakimś chłopakiem z innej klasy, którego znałam tylko z widzenia.
-Matko jedyna!- ledwo powstrzymałam się od krzyku. Dziewczyna wlepiła we mnie wzrok, puszczając mechanicznie koszulę chłopaka. Para miała przerażone spojrzenia, a ja nie wiedziałam, co o tym myśleć. Całe moje przemyślenia na temat Alice zniknęły, rozpłynęły się. Określenie anioł, które pasowało do niej, natychmiastowo wyparowało z mojej głosy. Nie miałam za złe tego, że znalazła sobie chłopaka, ale to, że nic mi o tym nie powiedziała.
-Lea- popatrzyła na mnie, a potem na przyjaciółkę.- Ruby, to nie tak!
-Nie mamy czasu, musimy uciekać, wyjaśnię ci potem- podeszłam do niej bliżej, a chłopak u jej boku odsunął się szybko.- Nic nie widziałaś! Spałaś całą noc, okey?
Dziewczyna od razu pokiwała głową i złapała swojego chłopaka za rękę. Wyszli z łazienki, omijają nas szerokim łukiem. Wszystko mieszało mi się w głowie, myśl, że przyjaciółka ma przed tobą tajemnice bolała, ale było za późno, by powiedzieć coś jeszcze na ten temat. Słuchałam tylko, jak Ruby rozmawia z kimś przez telefon, wpatrując się na kapiącą wodę z kranu, która przypominała mi moje łzy na policzku.
-Nick jest totalnie nachlany- odezwała się Ruby.
-Czyli musimy same to załatwić?- zapytałam bezradnie.
-Przyjdzie jego kolega, pomoże nam.- Usiadła na parapecie, a ja pod drzwiami, aby nikt nie mógł wejść.
-Uda nam się- powiedziałam, znów przekonując samą siebie.
-To dopiero początek, Lea.
Dziesięć minut później pod oknem stanął brunet. Był dość przystojny, miał na sobie spodnie, w których krocze było dużo za nisko, niż powinny być. Na głowie nosił czapkę z daszkiem, w ręce miał duży kamień.
-Odsuńcie się!- krzyknął do nas. Złapałam Ruby za rękę i wciągnęłam ją do kabiny, w której obrzydliwie śmierdziało. Usłyszałyśmy straszliwy trzask, a potem alarm się włączył. Rzuciłyśmy się do okna, gdzie brunet już podawał nam dłonie, by pomóc mi i Ruby wyjść. Złapałam się go i wyskoczyłam na trawę pełną szkła. Gdy Ruby stanęła na nogach, zaczęliśmy biec ile sił w nogach. Na drogach było mało aut, więc uciekanie szło nam sprawnie, do czasu, kiedy usłyszeliśmy syreny policyjne. Próbowałam nie przejmować się tym, co pomyślą moi znajomi, a w szczególności Alice, po tym jak ją nakryłam. Chciałam się tym nie przejmować, ale miała poczucie winy, że ich zostawiłam. Otarłam kroplę, spadającą z moich policzków.
-Tam!- krzyknął zdyszany brunet. Pokazał nam ciemną uliczkę, do której nie wchodziło się tak po prostu w ciemną noc, ale to był nasz jedyny ratunek w tym momencie. Wbiegliśmy w straszny zaułek, gdzie na ziemi roiło się od papierów i niedopitych piw.
-Miejscówka Nicka?- zapytałam sarkastycznie, próbując nie dyszeć przy tym okropnie. Ruby posłała mi pełne urazy spojrzenie, ścierając ręką pot z czoła.
-Czasem- odpowiedział brunet, uśmiechając się.- Jestem Christopher.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (8) ›
 

 
Leżałam w łóżku. Nim skończyłam całą pracę domową i się umyłam, była już jedenasta. Przeczytałam kilka kartek książki, gdy poczułam, że moje powieki kleją się do siebie, zasnęłam, zostawiając lampkę włączoną.
Sen przyszedł szybko. Stałam w pomieszczeniu, wszystko wokół było czarne, nie widziałam wyjścia ani żadnych kątów, w których mogłabym się schować. Poczułam jak wiatr targa moje włosy, owiewa moje gołe nogi. Spojrzałam na moje ubranie. Nadal byłam w letniej piżamie. Trzęsłam się z zimna, jednak nie było gdzie uciec przez mrozem. Zrobiłam krok do przodu, lecz stopy przeszył mi ostry ból. Cała ziemia była zrobiona z małych lusterek, w których nie było mojego odbicia, jakbym nie istniała. Stanęłam na palcach, ale ból się nasilał. Chciałam zawołać kogoś, krzyknąć, piszczeć, lecz nic nie wydostało się z moich ust, oprócz ciężkiego, szybkiego oddechu, który zamieniał się w parę pod wpływem powietrza. Kolejny krok zapewnił mi następną dawkę strachu, cierpienia i łez.
Nagle usłyszałam piosenkę, ale tylko kilka słów utkwiło mi w głowie.
*Dwa stłuczone lusterka, dwie zagubione części,
Dwie rozsypane dusze, dwie zagięte pięści...*
Kiedy krzyknęłam, budząc się ze snu, byłam już cała oblana potem. Na mojej komórce wyświetlała się druga w nocy. Przy oświeconej już lampce złapałam za zeszyt z moimi cytatami, które wpisywałam, gdy miałam gorszy dzień lub nie umiałam oderwać się od świata z poprzedniej książki.
Moja dłoń drżała, kiedy pisałam dwa wersy piosenki ze snu. Wiedziałam, że coś ona znaczy, ale nie umiałam myśleć o tak późnej godzinie. Nie miałam zamiaru iść dalej spać, na pewno nie zasnęłabym po takim horrorze, jaki ledwo przeżyłam. Musiałam komuś o tym powiedzieć, a najbliższą osobą była Ruby. Chwyciłam za klamkę i modliłam się, aby pani Mantis, nasza woźna i portierka zapomniała włączyć kamer. Przy moim szczęściu i siedmiu latach jego jego braku, na pewno o tym pamiętała. Otworzyłam drzwi i wyszłam na ciemny korytarz. Nie było w nim okien, tylko lampki, które zaświecały się w razie braku prądu lub późnych wieczorów. Nie miałam zamiaru pukać do Ruby, weszłam bez pozwolenia. Zapaliłam największe światło. Przyjaciółka od razu podniosła się na łóżku, krzycząc i przecierając oczy.
-Co ty tutaj robisz?!- zawarczała, niczym wściekły wilk.- Pogrzało cię! Wiesz jaką mamy godzinę!
Ruby wyglądała prawie jak zawsze, oprócz tych worków pod oczami. Głos miała ochrypły, jednak po kilku głośniejszych kwestiach od razu odzyskała pewność w swoich wypowiedziach.
-Ruby! To poważna sprawa!
-Masz w pokoju duchy, czy co?- spytała, nadal z wyrzutami w głosie. Zapaliła lampkę i wskazała mi, abym zgasiła wielkie światło. Oparła się o ścianę przy posłaniu i otuliła kołdrą.
-Co masz mi do powiedzenia? Co jest takiego ważnego?!
-Pamiętasz jak dzisiaj rano wybiegłam ze stołówki? Przed tym, tą całą akcją, zamyśliłam się...- mówiłam.- Nagle znalazłam się w innym pomieszczeniu, wszędzie było czarno. Potem niespodziewanie spadło na mnie potłuczone szkło. Dlatego wyglądałam...
-Jak wariatka!- dokończyła Ruby.- Masz coś z głową, przecież cały czas przy nas byłaś!
-Daj mi dokończyć!- pisnęłam.- W nocy, we śnie byłam w czarnym pokoju. Na ziemi było rozsypane lustro, a ze wszystkich stron wiał wiatr- mówiłam szybko.
-Wiatr we śnie?- Zignorowałam ją.
-Usłyszałam muzykę, dwa wersy, mam je napisane w zeszycie.- Podałam jej mój 'pamiętnik', a ona otworzyła szeroko oczy.
-Ale beznadziejnie zrymowane, czy to się w ogóle rymuje? Sprawdzałaś to?
-Ruby, ty nic nie rozumiesz!- Zabrałam jej zeszyt z przed nosa.- Masz jeszcze to lustro? W śmietniku?
Dziewczyna wstała i odsunęła krzesło spod biurka, ale kosz był pusty. Wzruszyła ramionami i podniosła go, sprawdzając pod światłem.
-Tu nic nie ma, sama zobacz- pokazała mi, ale faktycznie śmietnik był pusty.
-Może sprzątnęłaś to do łazienki?- Nie czekałam, aż sama się tam pofatyguje. Wstałam pospiesznie z łóżka i pognałam do jej ubikacji. Gdy do niej wchodziłam poczułam ból w nogach, jakbym była nadal w śnie. Otrząsnęłam się szybko i sprawdziłam w koszu, ale nic w nim nie było, oprócz starej rolki po papierze toaletowym.
-Nie ma- powiedziałam, wchodząc z powrotem do pokoju.
-Może pani Mantis zabrała dzisiaj śmieci?
-Przecież śmieci wywożą w czwartki, a jak to sprzątałaś był piątek. Nie mogła tego zabrać.
-Już wczoraj była jakaś dziwna- odpowiedziała przyjaciółka.- Zamknęła po czasie szkołę, niby zapatrując się serial. Może wkradła się do mojego pokoju, by potajemnie zabrać śmieci?
-Ale po co by były jej twoje śmieci i to cholerne lustro?- zapytałam, jednak nie musiałam długo szukać odpowiedzi. Sen i piosenka była dla mnie wielką podpowiedzą.
-Bo ja wiem...
-Musimy znaleźć lustro, tak jak mówiła piosenka- mówiłam.- Ruby, to nie był zwykły sen. Ktoś chce, żebyśmy odnalazły twoje lustro, a jeśli w wersach powtarza się słowo 'dwa', to mamy podwójne zadanie.
-Oszalałaś? Chyba nie będę gonić za jakimiś lustrami, bo myślisz, że nasza woźna by chciała je ukraść!
-Nie przez przypadek wczoraj rano stłukłyśmy lustro- powiedziałam.
-Przypadki się zdarzają.- Przypomniałam sobie rozmowę z Josephem i jego słowa.
-Nie ma przypadków.


Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (11) ›
 

 
Siedziałam na ławce, patrzyłam jak woda w jeziorku faluje pod wpływem pływających kaczek. Słońce prażyło, był początek listopada, a na dworze nadal można było chodzić bez tych wszystkich kurtek i szalików.
Otworzyłam książkę na stronie, gdzie zostawiłam moją ściągę na biologię. Wtopiłam wzrok w czarne litery. Przeczytałam kilka zdań, co chwilę przerywając, gdy przechodził ktoś koło mojej ławki. Kiedy wciągnęłam się w książkę, ktoś usiadł obok mnie. Nie miałam odwagi podnieść wzroku, byłam zła, że osoba zajęła moją ławkę, jakby inne nie istniały.
-Ruby?- odezwał się męski głos. Zakryłam twarz włosami i niezauważalnie spojrzałam na nogi chłopaka obok mnie. Dobrze znałam te buty, spodnie noszone za nisko niż powinny być i głos.
-Nick- odparłam, czując w brzuchu motyle. Tak długo czekałam na chwilę, kiedy spotkamy się sam na sam, jednak nigdy nie wyobrażałam tego sobie akurat w parku, w samym centrum miasta.
-Przechodziłem i zauważyłem cię, jak patrzyłaś na każdą przechodzącą osobę spod byka- mówił.- Nie dziwiłoby mnie, gdybyś tak samo patrzyła na mnie.
Przełknęłam głośno ślinę, głośniej niż się spodziewałam. Czułam, że czyta ze mnie jak z otwartej księgi. Przeczesałam włosy ręką i założyłam grzywkę za ucho. Spojrzałam wprost na blondyna. Uśmiechał się, choć patrzył w stronę jeziorka i kaczek. Promienie słońca ogrzewały jego jasne włosy i niebieskie oczy.
-Nie, gdzie tam!- odpowiedziałam szybko.
-Co tutaj robisz?- jego głos rozbrzmiewał mi w głowie.
-Czytam, cieszę się ładną pogodą- po chwili dodałam.- Za niedługo przyjdzie śnieg, deszcz, zima. Nie będzie tak jak teraz - pięknie.
-Nic nie będzie takie jak przedtem- powiedział.
Mój wzrok spotkał się z jego, ale byłam za bardzo zawstydzona, by dłużej na niego patrzeć.
-Dobra, spadam na busa, w końcu nie mam szkoły zaraz pod nosem tak jak ty- uśmiechnął się szerzej i wstał.
-Nie wiem, czy to takie fajne jak się wydaje... Napiszesz dzisiaj?- zapytała i także się podniosłam. Miałam nadzieję, że w końcu mnie pocałuje, i że wszystko zakończy się happy endem, lecz on tylko mnie przytulił.
-Zobaczę, czy nie dostanę kary, ostatnio przyszedłem narąbany do domu i nie jestem pewny, czy mama o tym wie, czy nie.
-Trzeba było tyle nie chlać!- odezwałam się.
-Dobra, Ruby zmykam.- Szedł już ścieżką, a kamienie pod jego nogami trzeszczały.- Pa!- krzyknął na pożegnanie, których nigdy nienawidziłam. Nie obejrzał się za siebie, by zobaczyć, czy mu macham, czy patrzę za nim z tęsknotą w sercu.
Po pięciu minutach zabrałam pospiesznie rzeczy z ławki i zaczęłam biec w kierunku szkoły. Słońce już zachodziło, a internat zamykają, gdy robi się ciemno. Nie wiedziałam czy zdążę, oczywiście musiałam zostać wpuszczona do środka, ale konsekwencje byłyby straszne.

Gdy chwyciłam za klamkę, przeszła mnie fala gorąca. Bałam się, że już za późno, ale na szczęście udało mi się przyjść na czas. Weszłam do środka, a pani Mantis, portierka, właśnie zbliżała się w moją stronę z kluczami w ręku.
-Masz szczęście, kochaniutka, że zagapiłam się na telenowele- mówiła.- Tak mnie wciągnęła, że jak spojrzałam kątem oka na zegarek to aż podskoczyłam! Co by to było, gdyby mnie wylali! Nie mogłabym pomóc mojej córce, która sama zarabia marne pieniądze!
-Tak, dziękuję pani Mantis- odpowiedziałam, trochę zdruzgotana tą dziwną gadką portierki.
-Od śmierci męża ledwo co mam na chleb!- powtarzała za mną, choć ja byłam już przed schodami na pierwsze piętro. Zatrzymałam się, kiedy zauważyłam moją przyjaciółkę siedzącą na schodach. Kiedy podeszłam, ona wstała.
-Czekałam na ciebie, a ty zniknęłaś zaraz po lekcjach- Lea miała zmieszaną minę.
-Sama uciekłaś ze stołówki, Chloe powiedziała, że mam zostawić cię samą- próbowałam się bronić, ale wiedziałam, że ona ma rację.
-Był u mnie Jospeh, zaraz po tym jak na niego wpadłam na korytarzu- powiedziała, a jej głos się załamał.- Dowiedziałam się dzisiaj, że znalazł sobie dziewczynę.
Szczęka mi opadła. Nigdy nie widziałam przyjaciółki tak przejętej i pełnej smutku. Chwyciłam ją pod rękę i zaciągnęłam do stołówki. Miałyśmy jeszcze dość czasu by pogadać, przed tym, jak ludzie zaczną się schodzić na kolację. Usiadłyśmy na przeciwko siebie z kubkami waniliowej herbaty.
-Tak po prostu do ciebie przyszedł?- zapytałam bez owijania w bawełnę. Lea popatrzyła na mnie, jej brązowe oczy pod stołówkowym światłem wydawały się zmieniać barwę na żółtą. Trzy pieprzyki pod jej okiem były tak małe, że ledwo je widziałam, ale wiedziałam, że tam są. Przyjaciółka zawsze o nich wspominała.
-No, a ja taka niepoczesana!- odezwała się. Zawsze lubiłam jej poczucie humoru, nawet w tak dziwnych momentach jak ta.
-Jak zwykle!- zaśmiałam się, a ona ze mną.- To skąd miał twój numer pokoju?
-Może Chloe albo Lucy mu powiedziała?
Wzruszyłam ramionami.
-Chciał zaprosić mnie na imprezę, ale nie zgodziłam się! Nie lubię jego kolegów.
-Mogłaś iść! I wziąć mnie ze sobą!- uśmiechnęłam się i spojrzałam w kierunku kuchni. Starsza pani z czepkiem kucharskim na głowie akurat wkładała parówki do srebrnego pojemnika, z którego potem uczniowie nakładają sobie na talerze jedzenie. Popatrzyła na mnie podejrzanie, jednak ja od razu się odwróciłam.
-Dziwna jakaś ta babka- mruknęłam pod nosem.
-Dzisiaj rano zaczęła na mnie patrzeć jak na wariatkę, ale mniejsza- mówiła Lea.- On ma dziewczynę, więc muszę jak najszybciej zapomnieć.
-Czyli ci się podobał?- podpytywałam.
-Nie zaprzeczę, ale też nie powiem tego głośno. Po prostu trochę to zakuło- wskazała na serce.- Właśnie tutaj.
-Nie będą ze sobą długo, znasz tą dziołszkę?- moje słowa odbijały się echem po pustej stołówce. Kilka uczniów pokazało się w drzwiach, a z nimi Alice i Alex. Musiałyśmy zakończyć tą rozmowę kiedy indziej.
 

 
Drogę do stołówki pokonałyśmy w ciszy. Niektórzy ludzie czują się nieswojo, gdy ze sobą nie rozmawiają i panuje niezręczna cisza, lecz ja i Ruby lubiłyśmy ją. Mogłyśmy pomyśleć, odetchnąć, patrzeć na otaczający nas świat. Tym razem poczułam strach przed przyszłością. Nie wierzyłam w zabobony, ale co jeśli siedem lat nieszczęścia to prawda? Odrzuciłam te niesmaczne myśli, kiedy wchodziłyśmy do wielkiej sali. Po lewej stronie było mnóstwo okrągłych, czerwonych stolików. Prawą stronę zajmowały blaty ze śniadaniem.
Zauważyłam, że Alex, Alice i kilka innych przyjaciół już siedzą przy naszym miejscu, zaklepanym już od trzech lat. Gdy podeszłam do przyjaciół, Alex, szczupły blondyn o brązowych oczach przytulił się do mnie na przywitanie. Nie lubiłam tego, ale bała mu się powiedzieć. Chłopak ma obsesję na punkcie przyjaźni itp. Obraża się kiedy odmówię pójścia z nim do kina lub coś w tym stylu.
-Co tam kicie?- zapytała uśmiechnięta Ruby, jakby zapomniała już o porannym zdarzeniu. Chloe i Lucy jak zwykle robiły sobie zdjęcia i bawiły się komórkami. Dziewczyny wyglądały jak dwie normalne nastolatki. Ich blond włosy delikatnie opadały na ramiona, na szyi miały zawieszony złoty łańcuch, który dodawał im elegancji. Zawsze były roześmiane i pełne entuzjazmu, no chyba, że był sprawdzian z matmy lub historii.
-A spoczko- odezwała się Chloe swoim zadziornym głosikiem.
Alex zniknął wśród swoich kolegów, którzy właśnie przyszli na śniadanie. Usiadłam na przeciwko Alice. Uśmiechnięta poprawiła swoją koszulkę. Dziewczyna nosiła tylko białe lub kremowe koszulki, nie lubiła się wyróżniać, dlatego próbowała wtopić się w tło. Była bardzo ładna, a jej jasno brązowe włosy zawsze zdrowo błyszczały w promieniach słońca. Mogłabym porównać ją do anioła, ale byłabym o to zazdrosna.
-Matko jak on mnie denerwuje- warknęłam do niej, spoglądając na Alexa.
-Potrafi być upierdliwy, ale nie przejmuj się, przynajmniej pomaga nam na lekcjach.- Dziewczyna oczywiście miała rację, Alex zawsze dawał nam spisywać zadania na teście z angielskiego.
-Dodałam wczoraj opowiadanie, och tyle się w nim dzieje!
-I tak go nie czytam, lepiej napisz coś o mnie!- powiedziała Alice, nadal się śmiejąc.
-Ale Ruby czyta, i Orual, chyba się im podoba.
Rudowłosa dziewczyna spojrzała na mnie i pokiwała głową.
-Pewnie! Zaje opowiadanie!
-Orual to ta, do której wysyłasz cały czas listy?
Przytaknęłam.
-Nie umiałabym tak, przecież tematy wam się wyczerpią... A w ogóle jej nie znasz, może to jakiś pedofil- Alice jak zawsze ostrzegała mnie przed ludźmi poznanymi przez internet. Miałam takich bardzo dużo i wcale nie podejrzewałam ich o gwałty.
-Tematów jest mnóstwo, gadałam już z nią przez telefon, to nie pedofil- popukałam się palcem w czoło, na znak głupoty i ugryzłam kanapkę przyjaciółki.
Popatrzyłam na okno, zapomniałam na chwilę o mówiącej do mnie Alice, ludzi w stołówce i o samym przełknięciu kanapki. Cały czas miałam przez oczami trzaskające się lustro. Świat wokół mnie stał się czarny, niczym pod czarną kurtyną, tylko srebrne kawałki szkła spadały wprost na mnie. Zasłoniłam się rękami, choć było już za późno. Nie poczułam bólu, ale widziałam jak kryształki wbijają mi się w skarpetki, ręce i ześlizgują się z włosów. Krzyknęłam, serce waliło mi jak oszalałe. Nie potrafiłam zamknąć oczu, nie umiałam pozbyć się myśli, że to nie sen. Nagle w cienkości usłyszałam szmer, jakby melodię, która bębniła mi w uszach.
Potrząsnęłam głową, i nagły impuls przerzucił mnie z powrotem do stołówki.
-Dobrze się czujesz?- spytała Alice, jakby miała przed sobą największą wariatkę świata. Spojrzałam na swoje ręce i stopy. Przeczesałam palcami włosy, ale nie znalazłam ani drobinki srebrnego kryształu.
-Halo! Ziemia do Lei!
-Czemu krzyczałaś?! Ej!- kolejne głosy rozbrzmiewały mi w głowie. Rozejrzałam się, wszystko wyglądało tak jak dawniej. Ruby szturchnęła mnie łokciem, lecz ja poderwałam się i wyszłam z stołówki.
-Gdzie ty idziesz?!
Szłam przed siebie ze spuszczoną głową, nie zważałam na wołania przyjaciół i dziwne miny innych dzieci z gimnazjum. Marzyłam tylko, aby znaleźć się z powrotem w pokoju, włączyć muzykę i napisać kolejny list do Orual. Poznałyśmy się na blogu, czytałam jej opowiadania i tak zaczęła się nasza znajomość. Słuchamy Rocka, chodzimy do tej samej klasy, oczywiście w innych miasta, daleko od siebie. Tęsknię za nią, bo czasem czuję, że tylko z Orual mogę pogadać i się wyżalić.
Niespodziewanie wpadłam na kogoś na korytarzu. Uderzyłam jednego z licealistów ramieniem, nie było to specjalnie, ale i tak poczułam się zażenowana.
-Przepraszam- odezwałam się cicho. Powoli podnosiłam wzrok, ponieważ po samej koszulce udało mi się zgadnąć kogo potrąciłam. Joseph. Najprzystojniejszy chłopak w szkole, o którym mogłam tylko pomarzyć.
-O Castoldi, dlaczego na mnie wpadłaś?- jego głos dzwonił mi w uszach. Poprawił swoje blond włosy. Zirytowałam się, kiedy wypowiedział moje nazwisko. Nie było to przyjemne, jakby nie wiedział, jak mam na imię.
-Joseph- mruknęłam.- Czy musi być zawsze jakiś powód?
-Nie wpada się przypadkiem na ludzi- przerwał.- Nie ma przypadków.
Jego jasne oczy zapłonęły. Dopiero teraz zauważyłam, że chłopak mi się przygląda. Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam przed siebie. Usłyszałam za sobą jego głos.
-Mogłabyś się czasem odezwać!
 

 

Wstałam z łóżka i o mało co nie przewróciłabym się na moje białe biurko. Ledwie stłumiłam krzyk. Pozbierałam ubrania z krzesła obok i weszłam do łazienki. Było to małe pomieszczenie, w którym znajdował się prysznic, ubikacja i umywalka z lustrem. Na jednej ze ścian wisiała szafka na kosmetyki i przybory do mycia.
Odkręciłam wodę w prysznicu i stanęłam bez życia pod nim. Nie miałam ochoty na kolejny dzień szkoły, a był już piątek, więc nieprzespane noce dawały się we znaki. Umyłam włosy i cieszyłam się dwoma minutami bezsensownego oblewania się wodą. Zakręciłam kran i wyszłam na zimne kafelki, owinęłam się ręcznikiem. Oparłam się o umywalkę, by zmusić się do wykrzesania choć cienia uśmiechu. Popatrzyłam na lustro, które było zaparowane. Przetarłam je papierem toaletowym i spojrzałam na swoje odbicie. Z brązowych włosów ciekła mi strużka wody. Lekko się kręciły, jednak gdy wysuszę włosy, od razu zaczną się niesfornie układać, nie mówiąc już o kilku loczkach przy karku. Nie da się och .wyprostować, ale także niezbyt je widać, co mnie akurat cieszyło. Oczy nadal miałam zapuchnięte i przez to, że jest dopiero siódma trzydzieści, a także przez szampon. Miałam trzy pieprzyki pod prawym okiem. Mało kto je zauważał, ale to był mój jedyny atut, w końcu nie szczyciłam się piękną urodą. Byłam niska, niezbyt inteligentna, choć chodziłam do szkoły z internetem o bardzo wysokim poziomie. Po prostu znałam mądrzejsze osoby ode mnie, a ja jedynie byłam dobra w malowaniu i pisaniu opowiadań na moim małym blogu.
Chwyciłam za suszarkę. Piętnaście minut później miałam już przewieszoną przez ramię torbę i wychodziłam na korytarz. Mój pokój miał numer 103, czyli mieszkałam na samej górze. Zapukałam do pokoju obok, w którym znajdowała się moja przyjaciółka.
Po chwili otworzyła mi szczupła brunetka. Jej włosy były roztrzepane, a pod światłem zdawały się przyjmować rudą barwę. Od tego także wzięło się jej przezwisko - Ruby. Rzadko kiedy ktoś używał jej prawdziwego imienia, mało kto w ogóle je znał. Byłam jedną z wtajemniczonych.
-Matko, tak wcześnie zawsze przychodzisz!- powiedziała mi na przywitanie. Ja i Ruby nie lubimy się witać i żegnać, uważamy, że to nudne i często sztywne. Fakt, z chłopakiem to co innego, ale żadna z nas go nie ma. Jednak inni koledzy, czy przyjaciele wymagają od nas przytulania się na powitanie, a mnie to po prostu odstrasza.
-Mogłabyś się już przyzwyczaić, w końcu robię to już trzeci rok.
Mieszkałyśmy w internacie prawie trzy lata, czyli mamy po szesnaście lat. Oczywiście nie byłyśmy najstarsze. Szkoła obejmowała także liceum, ale starsi uczniowie nie mieszkali z nami. Internat był przeznaczony tylko dla dzieci z gimnazjum.
-No... zrobisz mi kłosa?- zapytała, a ja jak zwykle musiałam przytaknąć. Ruby jest straszna, gdy się wścieka, dlatego próbuję unikać z nią konfliktów.
-Chodź do łazienki, posprzątałam.
-No, nie gadaj! Jestem z ciebie dumna- odezwałam się z udawanym zachwytem. Stanęłyśmy na przeciwko lustra, w małej łazience, bardzo podobnej do mojej. Dziewczyna podała mi gumkę do włosów i zaczęła opowiadać o jej ostatnim wieczorze spędzonym na czacie.
-Pisałam znowu z Nickiem, jest niesamowity! Ale boję się z nim spotkać. Musisz pójść ze mną!- mówiła.- Ostatnio się tak nawalił w jednej z dyskotek, że musieli go wynosić!
Zaczęła się śmiać, a mnie wcale nie było do śmiechu. W końcu chłopak był w naszym wieku, a już zaczyna pić. Co będzie za kilka lat? Stanie się żulem i będzie mieszkał pod mostem w jakimś starym kartonie po telewizorze?
-Mhm, ja czytałam.
-Twoje życie towarzyskie mnie powala.
-Może go nie mam?- odezwałam się z uśmiechem, choć wiedziałam, że to było żałosne.- Alex już tak mnie denerwuje, codziennie do mnie pisze, ech.
Ruby nic nie odpowiedziała, jakby mnie w ogóle nie słuchała, co było dla niej normą.
-Wiesz, w nocy zauważyłam, że na lustrze jest rysa- powiedziała, wskazując mi jeden z rogów lustra.
-Przecież nic tutaj nie ma.
Skończyłam robić jej fryzurę i przyjrzałam się uważnie przedmiotowi. Nie było nawet draśnięcia, jednak coś mi mówiło, że muszę dotknąć, aby się upewnić. Przejechałam palcem po powierzchni lustra. Rysa, której przedtem nie było, pojawiła się i powiększała z sekundy na sekundę.
-Lea, to nie jest dobry pomysł- szepnęła do mnie Ruby. Miała przestraszony głos, sama się bałam, że lustro zaraz spadnie i rozbije się o kafelki.
-Lepiej tego nie dotykać i zawiadomić wychowawcę- mruknęłam.
-Ale żeby tak zaczęło pękać pod twoim dotykiem?
Jak widać, przyjaciółka nie mogła uwierzyć, że lustro tak po prostu zaczęło się łamać, dlatego sama zaczęła macać przedmiot. Czarna linia stawała się coraz większa i większa, a bicie mojego serca coraz głośniejsze.
-Ruby nie dotykaj tego- ostrzegłam ją.
-Zaraz i tak odpadnie- mówiła jak w transie. Zaczęłam odciągać jej ręce od lustra, ale ona szarpnęła nimi nagle i razem stłukłyśmy szkło. Patrzyłyśmy jak kawałeczek po kawałeczku spadają na kafelki i umywalkę, trzaskając się na różne strony. Małe drobinki lustra wpadły na dywan z łazienki, a inne na moje skarpetki.
-Co ty zrobiłaś!- krzyknęłam jak oszalała.
-Mamy przestane- odpowiedziała Ruby, wpatrując się na mnie jak zaczarowana.- Popitolone lustro.
-Siedem lat nieszczęścia, gratuluję.
-Z naszym dotychczasowym pechem było ciężko, co teraz będzie?
______________________________________________________________________________________________
Siemka ludzie, tutaj Pulina ^^
To moje nowe opowiadanie Moja przyjaciółka chciała, abym napisała opowiadanie w normalnym życiu, bez magicznych dodatków. Tak zrobiłam, myślę, że wam się spodoba.
W wyborze bohaterów pomagała mi Martynka, moja przyjaciółka, która zawsze czyta moje wypociny <3
Dziękuję, że jesteście. Proszę o szczere komentarze i dodanie do obserw. Jeśli nie spodoba wam się prolog, nie odstawiajcie mnie na bok. Może kolejne rozdziały polubicie i przekonacie się do mojego stylu pisania.
Do zobaczenia ;*

Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (26) ›
 

 
"Nie staraj się tak za wszelką cenę być silnym. Siła odgradza nas od innych ludzi." W. Myśliwski.


-Na pewno nie chcesz, żebym tam z tobą poszedł?- zapytał Vincent, zerkając na mnie swoimi czarnymi jak śmierć oczami. Zakochałam się w nim jakieś dwa lata temu, kiedy pierwszy raz przyszłam do klubu "Derrota". Potem wszystko działo się tak szybko, że powinnam pisać jakiś dziennik, by zapamiętać każde wydarzenie. Pojawił się kierowca samochodu, który potem okazał się szefem całej organizacji 'porywania dziewczyn'. Nie zdawałam sobie sprawy, ale od siedmiu lat, byłam w nią wciągnięta. Prędko uporałam się z fabryka, gdzie przetrzymywali dziewczyny, w tym moją przyjaciółką - Marcy. Wstrzyknęli mi coś, przez co widziałam na szaro, a oczy miałam dużo ciemniejsze niż poprzednio. Kiedy zemdlałam, jakaś niezwykła siła przemówiła przeze mnie, zamieniając fabrykę w ruinę, tak jak kilka miesięcy później mieszkanie i dyskotekę Vincenta. W międzyczasie zostałam porwana przez Thomasa. Chłopak pragnął władzy i mojej potężnej siły, nad którą nie panowałam, więc nie dziwiłam mu się, że uratował mnie, gdy zamarzłam prawie na śmierć.
-Nie, sama muszę to zrobić- powiedziałam. Odetchnęłam powoli, odpychając od siebie wszystkie wydarzenia sprzed dwóch lat.- To moja sprawa.
Zacisnęłam ramiona na plecach Vincenta, wtulając się w jego ciepłą klatkę piersiową.
-Pamiętaj, że masz po mnie przyjechać o drugiej, jasne?- Chłopak pokiwał potakująco głową i pocałował mnie w czoło. Otworzyłam drzwi z domu Vincenta. Pomachałam mu jeszcze i wyszłam pewnym siebie krokiem. Jak zawsze padał śnieg, a słońce próbowało się przebić przez białe chmury. Był koniec roku szkolnego, oczywiście ja miałam go już za sobą, bo przeniosłam się do liceum obok mieszkania mojego chłopaka. Ale w mojej dawnej szkole, rok skończy się dopiero dziś.
Stanęłam na przystanku, chwilę później przyjechał autobus pełny ludzi w czarno-białych spódnicach, garniturach i sukienkach. Usiadłam na jednym z wolnych siedzeń obok blondyna. Zdawało mi się, że już kiedyś go widziałam. On także miał na sobie białą koszulę i czarny krawat, ukryty pod rozpiętą, zimową kurtką.
-Cześć Ivy, dawno cię nie widziałem- zaczął niespodziewanie. Zazwyczaj nie rozmawiam z pierwszą napotkaną osobą w autobusie, ale przy nim czułam się 'na luzie'.
-Znamy się?- odpowiedziałam, uśmiechając się lekko, by nie odstraszyć blondyna.
-Oczywiście, nie pamiętasz mnie?- Pokiwałam przecząco głową.- Dwa lata temu byłem w klubie "Derrota", gdyby nie ja, Thomas nadal by cię szukał- szepnął, tak, by inni pasażerowie nie słyszeli.
-Jesteś moim ...- o mały włos, nie wykrzyczałabym tego na głos. Chłopak przyłożył mi rękę do ust.
-Tak, ale inni nie muszą o tym wiedzieć.- Po chwili dodał.- Mów mi Sam, pewnie Vincent nie wspominał ci, jak się nazywam.
Miał rację, mój chłopak mówił mi coś o moim aniele stróżu, ale nigdy nie wspominał mi, jak ma na imię.
-Nie, raczej nie, ale mogę zadać ci pytanie? Czy ty zawsze jesteś przy mnie? Obserwujesz mnie przez okno? A co jak wtedy się kąpie? Podglądasz mnie?!
Czasem zadaje za dużo pytań, ale taka już jestem, ciekawska.
-Nie podglądam cię, kiedy się kąpiesz!- zaprzeczył natychmiastowo anioł. Uśmiechnął się do mnie przyjaźnie i zrobił to samo co kiedyś Vincent. Położył palec na ustach i pokiwał przecząco głową. Nie mógł nic powiedzieć.
-To nasz przystanek- odezwałam się, z lękiem w głosie. Tak dawno nie widziałam Marcy i Cola, że bałam się ich reakcji, kiedy w końcu mnie zobaczą.
-Nie martw się, twoi przyjaciele strasznie za tobą tęsknią. Nie musisz się bać.
Chwycił mnie za ramię, co dodało mi otuchy i wypełniło mnie przyjemnym ciepłem. Nigdy nie dotknął mnie anioł, aż do teraz. To było piękne uczucie, którego nie zapomnę do końca życia. Uśmiechnęłam się do niego i wyszliśmy na chodnik. Uczniowie wchodzili do szkoły, kierując się od razu do sali gimnastycznej. Stanęłam przy wejściu do sali, by nie zwracać na siebie uwagi. Zauważyłam moich przyjaciół. Marcy i Cole siedzieli obok siebie, śmiejąc się pod nosem, prawdopodobnie z wdzianka naszej pani dyrektor, która zawsze dawała nam powód do śmiechu.
-Oni tam siedzą, widzisz?- szepnęłam do blondyna, jednak gdy się obróciłam, jego już nie było. Zniknął, rozpłynął się w powietrzu.
Piętnaście minut później, uczniowie wyszli z sali gimnastycznej. Wzrokiem poszukiwałam każdą parę, jednak moi przyjaciele wyszli prawie ostatni. Nie zwrócili na mnie uwagi, dlatego podeszłam ich od tylu i złapałam za łokcie. Odwrócili się.
-Cześć- zaczęłam niepewnie. Nie miałam pojęcia co powiedzieć.
Marcy zrobiła wielkie oczy, a potem rozpłakała się, rozmywając sobie makijaż. Rzuciła mi się na szyję.
-Matko, matko, matko, moja kochana Ivy! Cholera, ale jestem szczęśliwa!- krzyczała na cały głos. Cole obok niej także miał łzy w oczach, jednak próbował je zakryć swoją długą, brązową grzywką.
-Ivy, jak dobrze cię widzieć!- także mnie uściskał.
Poczułam się naprawdę szczęśliwa, kiedy łzy spływały mi na policzki. Sam miał rację, moi przyjaciele tęsknili za mną i nie miałam czego się bać. Spojrzałam na korytarz, blondyn pojawił się nagle, pomachał mi i uśmiechnął się, a potem zniknął za rogiem.
-Musisz nam opowiedzieć, dlaczego zniknęłaś!
-Co się z tobą działo?! Nie odbierałaś telefonów!
-Tak za tobą tęskniliśmy!
-Ja za wami też- odezwałam się w końcu.- Obiecałam wam, że zawsze będziemy przyjaciółmi i wróciłam.
Obietnica. Tak, moje całe życie się na niej opiera. Vincent obiecywał mi, że nigdy mnie nie opuści, że spotkamy się jeszcze i tak było, zaczęło się on rozmowy w toalecie, fakt, czekałam 5 lat, ale było warto.
O drugiej po południu przyjechał po mnie Vincent. Popatrzyłam na chłopaka za kierownicą. Zagryzłam wargę i zachichotałam cicho.
-Jak dzień, Aniele?- zapytał, spoglądając na mnie. Jego czarne oczy ilustrowały mnie całą, z góry do dołu. Cała się zarumieniłam.
-Wyśmienicie.
-Gdzie teraz?- jego głos był jak najpiękniejsza melodia na świecie.
-Daleko, tam, gdzie nikt nas nie znajdzie.- Oczy Vincenta zabłyszczały. Jego zadziorny uśmiech mówił wszystko. Nadepnął pedał gazu i pojechaliśmy przed siebie.

Hej, to już koniec mojego opowiadania. Wiem, ciągnęło się wieki, ale mam nadzieję, że w jakimś stopniu wam się podobała. Proszę o wyrażanie swoich uczuć, myśli i zdań na temat tego tekstu. Bardzo wam dziękuję za wszelką pomoc, miłe komentarze i, że zawsze byliście ze mną, przez ten długi okres czasu! Kocham was <3
 

 
"-Skąd pomysł, że w ogóle masz anioła stróża? Dlaczego tak wielu z was wierzy, że poświęcilibyśmy całe życie waszym nic nieznaczącym egzystencjom?" Cliff McNish "Anioł"


Stałam, wtulona w ciepły tors Vincenta. Po moich policzkach spływały pojedyncze krople słonych łez. Patrzyłam na żal i smutek w oczach Thomasa, jego uczucia wydawały się takie prawdziwe i naturalne. Wiedziałam, że udaje, jednak te kilka tygodni spędzonych z nim, pozwoliło mi go poznać. Kiedyś był aniołem i właśnie dlatego miałam nadzieję, że gdzieś w jego sercu znajduje się jeszcze jedna iskra czułości.
Vincent za mną oddychał ciężko, był wściekły na Thomasa, a ja wcale się mu nie dziwiłam. Chyba każdy byłby cholernie zły na osobę, która więziła i wykorzystywała swoją drugą połówkę.
-Aniele, proszę, idź do mojej sypialni, nie możesz tego oglądać- szepnął mi do ucha Vincent. Spojrzałam na niego kątem oka. Moje ciało przeszedł dreszcz złości.
-Nie- odparłam.- To o mnie chodzi, to o mnie się kłócicie.
-Ha, ha, skromna jak nic!- krzyknęła uradowana czerwonowłosa dziewczyna. Oparła się o ścianę, obok Thomasa. Ręce miała założone na klatce piersiowej. Patrzyła na mnie z pogardą, tak jak jej wierni towarzysze.
-Przynajmniej nie jestem tak samolubna, żeby upaść z nieba dla własnych zachcianek!- warknęłam. Przed oczami zrobiło mi się ciemno, jednak szybko się otrząsnęłam.
-Dość!- Thomas zmierzył czerwonowłosą wzrokiem.- Nie zabierzesz mi Ivy, ona nadal jest moja.- Chłopak zwrócił się tym razem do Vincenta z zaciekłą miną.
-Ona nigdy nie należała do ciebie, jest wolna i zawsze była!
-Jest moja, od kiedy jej to obiecałem, a pewnie sam wiesz, bracie, że my jesteśmy zobowiązani do dotrzymywania obietnic.
Nogi przede mną się ugięły. Coraz bardziej kręciło mi się w głowie, a świat stawał się ciemniejszy. Vincent podtrzymywał mnie z łatwością, ponieważ upadli nie czują zmęczenia, są jak roboty, które nigdy nie tracą siły.
-Ona posiada w sobie niesamowitą moc- powiedział Thomas z nadzieją w głosie.- Może nasz wszystkich uratować, może zrobić z nas panami całego świata! Nie widzisz tego?- przerwał.- Ona nam pomoże...
-Ivy nie jest twoją marionetką- warknął Vincent. Zacisnął pięść, ale nie mógł się ruszyć, bo cały czas leżałam w jego ramionach. Żałowałam, że muszę być taka słaba i nie mogę mu pomóc.
Nagle zza drzwi wyszedł chłopak. Wysoki blondyn uśmiechnął się do mnie, poznałam go, ale sama nie wiedziałam, skąd go znam.
Był tak podobny do chłopaka z równoległej klasy, że sama się zdziwiłam, co on tutaj robił. Oparł się o komodę, włożył rękę do kieszeni i poprawił swoje włosy, opadające mu na twarz.
-No, no, demon i upadły anioł kłócą się o dziewczynę?- mruknął, poprawiając sobie kołnierzyk swojej białek koszuli.
-Nie wtrącaj się!- rozkazała mu czerwonowłosa.
Blondyn odetchnął i zmierzył mnie ponownie wzrokiem.
-Ona zaraz umrze, a wy macie to w nosie- powiedział.- Wszystko muszę robić za was?
Poczułam strach unoszący się w powietrzu, jednak odrzuciłam myśl utraty życia. Czarne palce zmęczenia łapały mnie w swoje sidła, odpływałam. A razem ze mną, cały dźwięk i obraz. Wszystko stało się czarne.

Kiedy się obudziłam, myślałam, że jestem w niebie. Pomieszczenie, w którym się znajdowałam, było śnieżnobiałe. Rozejrzałam się dookoła, siedziałam na łóżku. Aksamitna pościel gładziła moja nagą skórę. Przetarłam oczy, a kolory zaczynały ciemnieć i wracać do normy.
-Nie umarłam- szepnęłam sama do siebie. Nie wiedziałam, czy jestem zadowolona, że żyję, czy raczej przygnębiona tym, co spotka mnie za kilka chwil, kiedy znów zmierzę się z prawdziwym światem. Zauważyłam ubrania na komodzie. Skarpetki, stanik i majtki były na samej górze, przez co od razu się zaczerwieniłam. Ubrałam się starannie i odetchnęłam, zanim nacisnęłam na klamkę. Lęk zżerał mnie żywcem. Otworzyłam drzwi i ujrzałam Vincenta, śpiącego na kanapie. Dopiero teraz mogłam mu się przyjrzeć, bez obawy, że przyłapie mnie na tym. Nie byłam już w mieszkaniu chłopaka, to była jego druga kawalerka. Nigdy mnie do niej nie zabierał, ale wspomniał o niej kilka razy.
Vincent miał na sobie czarną koszulkę, która uwydatniała jego chudą, ale atletyczną budowę ciała. Dopiero teraz zauważyłam, że przez moją nieobecność ściął włosy, tak aby grzywka nie spadała mu na oczy. Wyglądał w nowej fryzurze bardziej dojrzale, oczywiście dużo bardziej seksownie i tajemniczo.
-Vincent?- szturchnęłam jego rękę, chłopak zaśmiał się cicho pod nosem. Wiedział, że się na niego gapiłam jak nienormalna. Znów zaczęłam się czerwienić.
-Aniele?- odezwał się, a ja zagryzłam wargi. Podniósł powieki, jego czarne oczy patrzyły na mnie z tęsknota.
-Co się stało?- zapytałam.
-Zemdlałaś i rozwaliłaś cały budynek- powiedział spokojnie, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Jak coś w stylu "zrobiłem jajecznicę" albo "mam w łazience pastę do zębów".
-Ktoś ocalał?
-Thomas zmienił się w demona i uciekł, a dziewczyna z dziwnym kolorem włosów zniknęła bez śladu.- Vincent usiadł na kanapie. Oparłam łokcie o jego nogi, patrzyłam mu głęboko w oczy. Odgarnął mi włosy z twarzy i nachylił się, by mnie pocałować. Ciepłe usta Vincenta od razu rozbudziły moje ciało. Objęłam jego szyję rękami i usiadłam na jego kolanach.
-A blondyn? Kim on w ogóle był? Czemu mi pomógł?
-Jak zawsze zadajesz dużo pytań- zaśmiał się.- To był własnie anioł, Ivy. Twój Anioł Stróż we własnej osobie, dlatego się za tobą wstawił. Powiedział, że umrzesz, jeśli Thomas ci nie pomoże. Tylko, że ty nas wszystkich przechytrzyłaś... i znowu zniszczyłaś budynek.
Jego słowa były z jednej strony były najpiękniejszym lekarstwem, lecz z drugiej raniły mnie jak milion pinesek, wpijających się w moja skórę.
-Czy ten blondyn jest przy mnie zawsze?- spytałam. Vincent przyłożył palec do ust i pokiwał przecząco głową.
-To tajemnica, nasze całe życie jest tajemnicą, trzymajmy się tego.
  • awatar eternal dreamer: cudo <3
  • awatar ~Fanatyczna~: swietne ! dodaje do obserwowanych ;*:*:*:*
  • awatar Expirion.: OOO matko, jakie wspaniałe <3 Piszesz tak mega dojrzale, dokładnie i świetnie. Zaje ! Strasznie mi się podobały twoje porównania dzisiaj, takie z nutą humoru i wgl. I opisy. *o* Super! Końcówka piekna. :D Uwielbiam kiedy opisujesz jak ona traci przytomność, matko lubuję się w tym xd hahahha <3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (8) ›
 

 
"Udaję radość, której we mnie nie ma, ukrywam smutek, żeby nie martwić tych, którzy mnie kochają i troszczą się o mnie. Niedawno myślałam o samobójstwie. Nocą, przed zaśnięciem, odbywam ze sobą długie rozmowy, staram się odegnać złe myśli, bo byłaby to niewdzięczność wobec wszystkich, ucieczka, jeszcze jedna tragedia na tym i tak już pełnym nieszczęść świecie." -Paulo Coelho


Siedziałam na parapecie, wyścielonym poduszkami i kocem. Chłód pokoju zmieszał się z intensywnym zapachem mebli i spokoju. W ręce trzymałam kartkę papieru. Pisałam list, nie wiem ile już ich miałam. Może dziesięć, dwadzieścia? Więcej? To była jedyna metoda na odcięcie się od tej beznadziejnej sytuacji. Wylewałam swoje myśli, uczucia, troski i tęsknoty na papier, wierząc, że Thomas nigdy ich nie znajdzie. Płakałam co wieczór, w nadziei, że ktoś usłyszy moje łkanie i wołanie o pomoc. To wszystko na nic. Wiedziałam to, ale próbowałam. Miałam mętlik w głowie, więc odłożyłam pustą kartkę. Wstałam i otarłam łzy. Był wieczór, minęło kilka tygodni od mojej nieudanej śmierci. Zeszłam na dół do salonu, w którym siedział Thomas. Ogień w kominku palił się, wypluwając z siebie pomarańczowe iskry. Usiadłam i spojrzałam na idealną twarz chłopaka.
-Płakałaś- szepnął. Przysunął się do mnie i objął mnie ramieniem. Wtuliłam głowę w jego klatkę piersiową. Chciałam przekonać go, że mu ufam i kocham. Musiał mi wierzyć, bo pozwalał mi na wyjście z domu bez jego towarzystwa. Czekałam na odpowiedni moment by się stąd wyrwać. Choć był czasem oschły, pragnął mnie uszczęśliwić, odciągnąć od trudnych chwil w życiu. Pragnął mnie.
-Myślałam o moich znajomych- odrzekłam, nie było sensu kłamać.
-Chcesz spotkać się z Vincentem, prawda?
Zapatrzyłam się w ogień. Vincent.
-To już przeszłość- słowa ledwo przechodziły mi przez gardło. Chłopak podniósł moją twarz i pocałował mnie ciepłymi, słodkimi wargami. W głowie nadal miałam jedno imię, Vincent. Próbowałam wyrzucić je z moich myśli i skupić się na Thomasie. Usiadłam chłopakowi na kolanach i wsadziłam ręce pod jego koszulkę. Gładziłam jego rozgrzaną skórę i napięte mięśnie.
-Zmieniłam zdanie- szepnęłam mu do ucha.- Chcę się z nim spotkać...
Szłam ciemną ulicą, słońce już dawno zaszło za horyzont. Patrzyłam przez szybę starych, pozamykanych już sklepów. Na klamkach widniały tabliczki z napisem "Zamknięte". Prószył biały śnieg. Moje stopy zostawiały ślady na chodniku, zauważalne tylko pod oświeconą latarnią. Bałam się, czułam, że ktoś mnie obserwuje. Nagle zobaczyłam przede mną dziewczynę. Szła w czarnym płaszczu, była z mojej szkoły, dużo starsza ode mnie. Jej krok był stanowczy, w uszach miała słuchawki. Niespodziewanie stanął przed nią chłopak z kominiarką. Nie uciekałam, patrzyłam, jak facet wbijał jej nóż między żebra i odwracał się w moją stronę. Jego czarne oczy studiowały każdą część mojego ciała.
Obudziłam się cała spocona. Zimne dreszcze przeszywały moją skórę. Próbowałam nie płakać i nie krzyczeć, jednak łzy polały się po moich policzkach. Obok mnie leżał Thomas, spał jak zabity. Wstałam i poczłapałam do łazienki, zabierając ze sobą kupkę ubrań. Sen, a raczej koszmar powtarzał się co noc. To zdarzenie sprzed sześciu lat, jednak nie było identyczne. Różniło się w wielu miejscach, a ja nie wiedziałam dlaczego. Vincent nie zabił tej dziewczyny, widziałam ją w fabryce kilka miesięcy temu. Nie spojrzał na mnie i nie stałam tak po prostu na chodniku. Wszystko było inne, niż wtedy.
Ubrałam jeansy i bluzę z kapturem. Wybiegłam z domu najciszej jak mogłam, by nie obudzić Thomasa. Byłam pewna, że za dłuższą chwilę sprawdzi co tak długo robię w łazience i zacznie mnie szukać.
Miałam tylko dwadzieścia minut, by dostać się do domu Vincenta, choć sama nie wiedziałam gdzie jestem. Biegłam ile sił w nogach, a łzy spadały mi z policzków. Przystanęłam dopiero na skrzyżowaniu. Jedna z latarni oświetlała reklamę klubu "Derrota". Był dwa kilometry stąd. Ruszyłam przed siebie.
Piętnaście minut później byłam w środku imprezy. Czułam muzykę nawet pod stopami. Nieprzyjemny zapach wymiocin i potu, zmieszał się z najróżniejszymi perfumami. Przeciskałam się przez tłum ludzi, niestety przez przypadek szturchnęłam ramieniem dziewczynę z odkrytymi plecami. Wylała swojego drinka na nowiutką, czerwoną sukienkę.
-Co do cholery?!- krzyknęła pół upitym głosem. Cała grupka jej znajomych odwróciła się do mnie, widziałam na ich twarzach wściekłość. Czarne oczy dziewczyny przeszywały mnie na wylot.
-Przepraszam, spieszę się.
-Ho, ho, ho, to przecież nasza dziewczynka- powiedziała czerwonowłosa. Blondyn obok niej szczerzył się do mnie, jakby zaraz mieli podać kolację. A ja miałabym być daniem głównym.
-Dzielna dziewczynka- dodał chłopak.- Myślałem, że już nigdy cię nie zobaczę, a tu proszę. Jesteś!
-Nie mam czasu na pogaduchy z upadłymi- warknęłam i odwróciłam się.- Muszę znaleźć Vincenta, zanim zjawi się tutaj Thomas.
Za plecami usłyszałam krzyk czerwonowłosej dziewczyny, nie miałam czasu do stracenia. Zaczęłam uciekać w stronę drzwi z napisem "Tylko dla personelu". Otworzyłam je i przekręciłam klucz, przeskoczyłam po trzy schodu na raz. Nacisnęłam klamkę do mieszkania Vincenta, jednak drzwi były zamknięte. Nie miałam wyjścia, wyważyłam je i weszłam do środka. Przede mną stał Vincent, trzymając kubek herbaty. Patrzył na mnie, jakby zobaczył ducha. Czekałam na jego choć jedno słowo, patrzyłam jak jego czarne oczy studiowały na każdą część mojego ciała, jak w dzisiejszym śnie.
-Boże, Ivy, to naprawdę ty- szepnął i odstawił pospiesznie kubek. Rzuciłam mu się w raniona i płakałam po raz trzeci tego dnia. Płakałam ze szczęścia i smutku. Płakałam, bo tak bardzo go kochałam. Płakałam, bo zaraz pojawi się tutaj Thomas. Płakałam, bo już nigdy nie będę wolna.
-Vincent...- szepnęłam.
-Spokojnie, ciii- pocieszał mnie, jednak nie znał prawdy. A ja musiałam mu ją jak najszybciej powiedzieć.
-Zaraz będzie tutaj Thomas, może już tutaj jest. On stał się demonem, podpisał pakt. Uratował mi życie, w zamian jestem jego własnością... Proszę Vincent, uratuj mnie...
-Aniele, chyba mamy gościa, a raczej kilku gości- szepnął mi do ucha po chwili. Odwróciłam się. W drzwiach stał Thomas, za nim znajdowała się czerwonowłosa i kilku jej kumpli.


Już niedługo koniec, taka tam akcja, jakoś nie wyszło tak jak miało, przepraszam, brak weny. Nie chciałam was męczyć czekaniem, więc macie, nie krzyczcie, że nieudane, bo wiem to bardzo dobrze. : < U mnie dużo się zmieniło o 180 stopni, cieszę się z tego powodu, choć coś nadal leży mi na wątrobie, dlatego trochę smutny rozdział. Kocham spokojne piosenki w zimowe popołudnia i wieczory, świetnie się przy nich pisze : )
Dziękuję, że jesteście ze mną ;*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (8) ›
 

 
"Najważniejsze jest, by gdzieś istniało to, czym się żyło: i zwyczaje, i święta rodzinne. I dom pełen wspomnień. Najważniejsze jest, by żyć dla powrotu." -Antoine de Saint-Exupéry


Obudziłam się, choć nadal miałam zamknięte oczy. Bałam się ich otworzyć, bo nie wiedziałam, czy już umarłam, czy znajduje się w szpitalu z zapłakaną mamą i zdenerwowanym tatą. Podniosłam powieki, jednak przerażające światło dnia sparaliżowało mnie na miejscu. Przetarłam twarz zimnymi rękami. Rozejrzałam się po pokoju, w którym byłam pierwszy raz w życiu. Pomieszczenie było zapełnione półkami, szufladami i masywnymi szafami. Drewniane, małżeńskie łóżko, w którym leżałam, błyszczało się nowością, a jednocześnie wszystkie zdobienia pasowały to starych mebli mojej babci. Usiadłam na miękkiej, aksamitnej pościeli. Postawiłam moje gołe stopy na zimnych panelach. Miałam na sobie tylko krótką halkę, a w pokoju nie było kaloryferów. Podeszłam do dużego okna, za którym nadal padał śnieg. Zimno gładziło moją skórę od stóp do głów.
Usłyszałam ciche skrzypnięcie drzwi. Odwróciłam głowę i zobaczyłam Thomasa w obcisłym, czarnym podkoszulku. Jego długie spodnie były wygniecione, jakby w nich spał dobre trzy dni.
Zakryłam pękami klatkę piersiową, najlepiej skryłabym się pod łóżkiem, żeby nikt nie mógł mnie znaleźć, szczególnie w tym stroju.
-Słyszałem kroki- zaczął rozmowę. Uśmiechnął się, ilustrując moją sylwetkę.- Więc przyszedłem.
-Co tutaj robię?- zapytałam. Strach zjadał mnie od środka, nie chciałam usłyszeć odpowiedzi, którą znałam prawie na pamięć. Skuliłam się jeszcze bardziej przy oknie, by zakryć moje poirytowanie jego obecnością.
-W szafie są ubrania, zejdź na dół, przygotowałem śniadanie.- Spojrzał na mnie ostatni raz i wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi. Podeszłam do mebli i zaczęłam szukać czegoś odpowiedniego na śniadanie z moim wrogiem. Zdecydowałam się na czarne jeansy, które na szczęście były w jednej szufladzie, daleko ukryte za stertami seksownej bielizny. Nie miałam nawet ochoty myśleć, po co mu taka ilość ciuchów i to tak nieprzyzwoitych. Szary podkoszulek i czarny sweter z kapturem idealnie na mnie leżał. Założyłam ciepłe skarpety, bo podłoga nie była za ciepła. Zanim otworzyłam drzwi odetchnęłam. Lęk, złość i przygnębienie uciekło ze mnie na kilka chwil. Na korytarzu był jeszcze jeden pokój, czyli moja łazienka. Poczułam się jak księżniczka na wieży, czekająca na ratunek. Zeszłam ciemnymi schodami na parter. Rozejrzałam się powoli, na przeciwko mnie były drzwi wyjściowe z dużą, mleczną szybą, na której wisiał wieniec świąteczny. Po lewej od wyjścia był salon. Pomalowany na jasne kolory, z kremowymi kanapami i piękną choinką pod oknem. Poszłam więc w drugą stronę, gdzie znajdowała się kuchnia, a z niej wejście do sypialni Thomasa. Nowoczesna kuchnia świeciła się w blasku zimowego słońca. Chłopak siedział na wysokim krześle, trzymając w ręce tosta i czytając gazetę. Podniósł wzrok, gdy tylko pojawiłam się na horyzoncie. Usiadłam na krześle na przeciwko niego, patrzyłam niepewnie na jajecznice i tost.
-Nie chcę cię otruć- powiedział.
-Zatrułeś moje życie, boję się każdej rzeczy związanej z tobą- mruknęłam pod nosem. Chwyciłam do ręki kubek z gorącą kawą i upiłam łyk.
-Nie chcę teraz o tym rozmawiać, Ivy- zrobił przerwę.- Chcę cię szanować, i chcę byś ty szanowała mnie.
-Postanowienie noworoczne?
-Próbowałem nie jeść cukierków, ale one za bardzo kuszą.- Uśmiechnął się, patrząc na mnie.
-Ty też kusisz- odezwałam się, jednak widząc jego dumną minę od razu dodałam.- Oczywiście jesteś demonem, musisz kusić.
Ugryzłam kawałek tosta i spróbowałam jajecznicy. Jak na chłopaka to nawet nieźle gotował, jednak nie mogłam mu tego powiedzieć. Samo patrzenie na Thomasa wywoływało lęk.
-Nie oceniaj mnie. Chcę jakoś żyć, powoli, długo, potem będę palił się w piekle.
-Czemu tutaj jestem?- zapytałam po chwili. Chłopak zerknął na mnie, ale potem opuścił wzrok, jakby bał się odpowiedzi. Tak samo jak ja.
-Pamiętasz obietnicę, tamtą w oknie?
Pokiwałam głową, gdyż w gardle urosła mi wielka gula, przez którą nie mogłam powiedzieć ani słowa.
-Przyszedłem do ciebie do szpitala, gdy umierałaś. Uratowałem cię, tak jak przyrzekałem, a teraz ty jesteś moja... na wieczność.
Widział w moich oczach przerażenie, gdyż zaraz odwrócił wzrok. Nie mogłam myśleć, moja głowa aż pulsowała od nerwów. Chciałam krzyczeć, a jednak nie umiałam, nie odważyłabym się.
-Jak Persefona- mruknął pod nosem.
-Żona Hadesa- dopowiedziałam.- O ironio.
-Spokojnie, nie mamy przed domem Cerbera.- Przełknęłam ostatni kęs tosta. Sama nie wiedziałam, jak mogę normalnie funkcjonować, jeść, oddychać, siedzieć przy Thomasie.
-A mama? Tata? Co z nimi? Wiedzą gdzie jestem?- próbowałam wydukać jakieś normalne zdanie, ale słowa plątały mi się w ustach.- A Vincent?- dodałam. Mój brzuch zamienił się w wielki supeł, a serce zabiło mocniej. Zbierało mi się na płacz na myśl o nim i o przyjaciołach.- Marcy, Cole? A oni coś wiedzą?
-Rodzice wiedzą gdzie jesteś, musiałem im powiedzieć. Ta blondyna... fajna z niej laska...
-Do rzeczy!- krzyknęłam i uderzyłam pięścią w stół.
-Spokojnie moja królowo Hadesu, ona nic nie wie, i ten jej chłopczyk też nie.
-Vincent?- W oczach miałam pełno łez, gdy wypowiadałam jego imię.
-Dam ci prezent, kwiatuszku, taki na święta, spóźniony, ale zawsze coś. Wiesz, trzeba być dobrym ten jeden dzień w roku- powiedział i szyderczo się zaśmiał.-Możesz się spotkać z tym upadłym, ale ja będę zaraz przy was. Nawet mnie nie zauważysz.
-Naprawdę?!
-Pewnie, ale to będzie ostatnie wasze spotkanie. Pamiętaj, że jesteś moja na zawsze.
Spojrzałam na ziemię, kryjąc moją radość, a zarazem lęk. Żegnałam się powoli ze światem, wolnością i całą resztą przyziemnych spraw.
-A tak poza tym to świetnie ci w tej bieliźnie- odezwał się znad gazety ze zbereźnym uśmieszkiem.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
"Mogę się za­bić, ale na myśl, że mógłbym nie is­tnieć wca­le, zim­no mi się ro­bi z przerażenia." -Stanisław Ignacy Witkiewicz


Siedziałam na parapecie w kuchni, patrzyłam jak płatki śniegu spadaj powoli na śnieżnobiały puch. Auta od czasu do czasu przejeżdżały, ale żadne z nich nie należało do moich rodziców. Cole i Marcy poszli chwilę temu, kiedy skończyliśmy piec ciastka. Przyjaciółka z wielką torbą pierników pokolorowanych tęczowym lukrem przepychała się ze swoim chłopakiem, i o mało co nie wrzucając wszystkich słodkości w zaspę śniegu. Vincent poszedł szybciej, miał jakieś sprawy. Trochę dziwne, bo jest wigilia, może musiał pomóc Świętemu Mikołajowi rozwozić prezenty?
Głupoty, przecież to jest upadły anioł.
Mój wzrok nadal się nie polepszył, więc kiedy patrzyłam na podwórko, wydawało mi się, że już jest ciemno. Latarnie jeszcze się nie świeciły, co było dla mnie znakiem, że jeszcze wcześnie. Rodzice mają czas, by przygotować kolację wigilijną. Jedynym prezentem, na którym by mi zależało było po prostu nowe, normalne życie nastolatki. Bez świadomości, że za parę minut ktoś mnie zamorduje, porwie i nie wiadomo jeszcze co innego...
Po chwili wpatrywania się bezmyślnie w okno, od którego wiało chłodem, usłyszałam skrzypnięcie paneli w przedpokoju. Poczułam, że ktoś stoi za mną. Strach zmroził moje żyły. W brzuchu poczułam pustkę, i dopadła mnie myśl, że zaraz może być po mnie. Złapałam niezauważalnie drewnianą łyżkę, była jeszcze mokra ze zmywania. Wiedziałam, że łyżką nikomu nie zrobię krzywdy, ale musiałam się czym przynajmniej bronić. Dopadł mnie ból głowy, całe moje serce biło w przyspieszonym tępię. Mieliście kiedyś tak, że obudziliście się w środku nocy, z myślą, że ktoś na was patrzy, ale gdy oświeciliście światło nikogo nie było? Jakby to był sen, ale i tak panicznie baliście się, a każdy centymetr waszego ciała albo się trząsł, albo pocił niemiłosiernie?
Tak właśnie się czułam, gdy spojrzałam do okna, a za mną niczego nie było. Jednak czułam, że cień jest za mną. Zaciskając mocnej pięści na łyżce, odwróciłam się z zamkniętymi oczami. Byłam gotowa do ataku, a ból głowa był coraz ostrzy. Usłyszałam znajomy oddech, podniosłam powieki, a przede mną stał Thomas.
-Spokojnie, wyglądasz, jakbyś zauważyła ducha- zaczął rozmowę powoli. Głos miał opanowany, nie tak jak z rana. Popatrzyłam jeszcze raz okno, by przekonać się, czy chłopak na pewno nie ma odbicia. Przełknęłam głośno ślinę, gdy nie było jego twarzy w szybie.
-Jak to zrobiłeś?- wypaliłam. Nie ciekawiło mnie, jak mógł sobie tak po prostu wejść do mojego domu, po co tutaj przyszedł i czego ode mnie chce. Ciekawiły mnie nieistotne rzeczy, przez co zyskiwałam na oryginalności.
-Trzeba mieć swoje znajomości- powiedział, pokazując mi 'całkiem przez przypadek' ranę na lewej ręce.
-Myślałam, że już jesteś demonem.
-Podpisując pakt więcej zyskałem- po chwili dodał.- Ale spokojne, nie zamierzam tobą manipulować, chyba, że będziesz niegrzeczna. Mogę być wszędzie, niewidzialny lub widzialny. Mogę siedzieć w twojej głowie, a ty nic o tym nie będziesz wiedzieć.
-Przecież ja ci nic nie zrobiłam! Czego ty w ogóle ode mnie chcesz, ja jestem zwykłą dziewczyną, już ci mówiłam.
-A mnie to nie obchodzi.
-Nie dostaniesz już przebaczenia w Niebie, podpisałeś pakt własną krwią- dorzuciłam, choć wiedziałam, że to iskra zapalna. Znów zacisnęłam rękę na łyżce, a mokre drzazgi powbijały mi się do palców. Syknęłam z bólu.
-Nie za bardzo mi pyskujesz?- zapytał.- Może nie wiesz, ale całe twoje życie jest w moich rękach.
-A ty nie czujesz się jak w domu? Twoje mieszkanie jest pod ziemią- parsknęłam. On chwycił moją twarz, a jego dłonie były zimne jak lód. Nachylił się nade mną, a potem pocałował mnie. Poczułam jakby całowała mnie śmierć, jego oddech był zimny, ziemisty i pełen strachu. Odepchnęłam go i uderzyłam w twarz.
-Wypchaj się!- krzyknęłam i znowu przywaliłam mu w głowę łyżką. Pospiesznie otworzyłam okno i już miałam wyskoczyć, kiedy on chwycił mnie za sweter.
-Nigdy mi nie uciekniesz- szepnął groźnie.- Nawet gdybyś miała umrzeć, ocalę cię, żeby mieć na własność.
-Będę próbowała- warknęłam przez zęby i wybiegłam na ulicę. Mróz szczypał mnie w twarz i dłonie, nie mówiąc już o moich stopach, które były tylko w skarpetkach. Powietrze było tak zimne, że ledwo umiałam oddychać. Biegłam ile sił w nogach, jednak nie mogłam się zatrzymać. Nawet nie patrzyłam do okien z domu Marcy, nie chciałam narażać jej na niebezpieczeństwo. Powoli opadałam z sił, kolana się pode mną uginały, a zimno dawało w kość. Zaczęłam zwalniać. Oddech miałam nieregularny, ale nie mogłam wystać nawet minuty na śniegu, bo moje palce u nóg krzyczały z cierpienia. Ból głowy się nasilał. Zobaczyłam jak lampy latarni włączyły się, a potem świat stracił kolory. Zamknęłam oczy, popłynęły łzy i upadłam bezwładnie na chodnik. Ostatnią rzeczą jaką zapamiętałam, był straszny pisk w uszach.

-Proszę pani...- odezwał się głos tak niewyraźny i przymglony, jakbym była w szklance wody, na samiutkim dnie z zalanymi uszami.- Nie się pani ocknie... Proszę.... Halo!...
Przerywane słowa zbudziły mnie z głębokiego snu, jednak nie zamierzałam się budzić. Wypełniał mnie spokój, opanowanie, byłam szczęśliwa, gdy spałam, dlatego nie otwierałam oczu, nie ruszałam rękami ani nogami. Skupiałam się na oddychaniu, a potem znów świadomość zniknęła.
-Znów... trzeba będzie.... odciąć od....- ostatnie słowa usłyszałam wyraźniej. Nie wiedziałam co miał na myśli, ale na pewno nic dobrego. Starałam się otworzyć oczy, ale na nic. Jakbym była oddzielona od ciała i nie mogła nim się posłużyć.
-Kochanie... nie możesz... proszę- to były słowa kobiety. Mojej mamy, ale trochę inaczej, jakby z nutą tęsknoty, smutku, przyprószone łzami. Wyczułam tylko charakterystyczne przeskakiwanie z nogi na nogę taty.
Tata.
Był tutaj i martwił się o mnie, choć mało co się widzieliśmy. Poczułam ból w brzuchu na tą myśl, jakby ktoś uderzył mnie mocno pięścią.
-Dam wam parę minut na pożegnanie się- usłyszałam ostatnie słowa starszego mężczyzny, potem było tylko kliknięcie drzwi.
Choć nie byłam w stanie nic zrobić, próbowałam stać się tym, czym byłam w fabryce. Przecież nadal mam w sobie tą truciznę Thomasa, która na mnie tak zadziałała. Muszę jakoś się uwolnić! Muszę wrócić do życia!... Muszę zadbać o mamę!... Muszę...
-Proszę wyjść, ja się nią zajmę!- ostatnie zdanie było słyszalne jak przez mgłę. Thomas. Spełni obietnicę, uratuje mnie, a wtedy będę jego na zawsze.
 

 
"Nigdy nie jesteśmy tak bardzo bezbronni wobec cierpienia jak wtedy, kiedy kochamy."- Z. Freud.
"Ludzie są bezradni wobec losu, są ofiarami czasu. I własnych uczuć..."- J. Ivring.


Stałam w kuchni nad wielka książką kucharską. Przewracałam strony w jedną i drugą stronę, nie umiałam się zdecydować, który przepis mam wybrać. Marcy wyciągnęła już potrzebne składniki, bo oczywiście robiłyśmy według niej pierniki. Cole siedział na krześle i opierając się leniwie o stół, komentował w zabawny sposób każdy nasz ruch. Dopijając czekoladę, wpatrywałam się ukradkiem w szare płatki śniegu, które pochłaniał mrok popołudnia. Nie było jeszcze piątej wieczorem, a na dworze był już ciemno. Domy na ulicy oświetlały lampki, które migały na kolorowo, przypominając mi światła dyskotekowe w klubie u Vincenta.
-Mówię ci, Ivy, zróbmy pierniki! Udekorujemy je lukrem, a w domu będzie cudownie pachniało!- Marcy jak zawsze nie brakowało humoru i energii. Wymachiwała blond włosami na wszystkie strony, rozprzestrzeniając swoje nowe perfumy o korzennym zapachu.
-Ona ma rację, to będzie niezła zabawa- wtrącił się Cole, popijając gorącą czekoladą. Zamknęłam książkę i odwróciłam się do nich przodem, aby pokazać swoje niezadowolenie. Widziałam, jak szepczą sobie coś na ucho i od razu westchnęłam urażona ich karygodnym zachowaniem.
-Spiskujecie przeciwko mnie!
Marcy od razu podniosłam ręce do góry w błagalnym geście.
-Nie śmialibyśmy, o pani wybacz nam nasze bezczelne zachowanie!
Cole zaśmiał się, a potem podłączył do kontaktu radio. Wybrał świąteczną płytę z masy porozrzucanych opakowań po CD. Wcisnął 'play', a w kuchni zapanowała świąteczna atmosfera. W pomieszczeniu unosiła się przesłodka woń magicznych świąt i genialnej chwili. To właśnie wtedy uświadamiasz sobie, że naprawdę jesteś szczęśliwa i nie pozostaje ci nic innego, tylko cieszyć się nią, póki możesz .
-No dobra... niech wam będą te pierniki- mruknęłam cicho, jednak na tyle, by przekrzyczeć muzykę. Marcy podskoczyła z radości i zaraz zaczęła szukać w książce kucharskiej przepisu. Cole w tym czasie chwycił mnie za dłonie, tańczył w rytm spokojnej kolędy. Robiłam piruety w ciasnej kuchni z moim najlepszym przyjacielem, nie mogąc opanować śmiechu.
-Ivy! Ktoś dzwoni do drzwi- krzyknęła do mnie Marcy, pokazując swoje brudne ręce. Pokiwałam głową i rzuciłam się do drzwi. Przekręciłam klucz, otworzyłam i aż zbladłam.
-Wesołych Świąt!- powiedział głębokim głosem Vincent. Miał na sobie czarny płaszcz i czapkę mikołaja. Jak zawsze przystojny i seksowny, byłabym niegrzeczna, zostawiając go na 'lodzie', więc otworzyłam szerzej drzwi, aby wszedł.
-Wesołych, i to jak!- odpowiedziałam, uśmiechając cię miło. Usłyszałam jak Marcy i Cole śpiewają jedną z naszych ulubionych kolęd, trzaskając przy tym miskami i innymi naczyniami.
-Masz gości?
-Cole i Marcy, robimy ciastka.
-Nie boisz się pożaru?
-Boję, w tym problem- odpowiedziałam, szczerząc się do niego jak głupia.
Poprowadziłam go do kuchni. W powietrzu unosił się zapach kardamonu i cynamonu. Goździki wbite w pomarańcze były od razu wyczuwalne. Mogłabym umrzeć przy tym zapachu.
-Patrzcie, kto nas odwiedził!- krzyknęłam do nich, ściszając piosenkę.
-Matko jedyna, Święty Mikołaj!- wrzasnął Cole, łapiąc się za serce i śmiejąc się nieubłaganie. Marcy odwróciła głowę i także zrobiła wielkie oczy.
-To ten koleś z klubu! Vincent?!
-Nie masz do nas prezentów?- zapytał Cole, podchodząc do chłopaka i szturchając go w ramię.
-Materialista- mruknęłam pod nosem.
-Oczywiście, że mam, ale musisz dać mi coś w zamian- odpowiedział wesoły Vincent. Dawno nie widziałam go w takim nastroju, pamiętam co nieco z naszych dawnych spotkań, ale nigdy nie słyszałam od niego takich słów.
-Nie pocałuję cię!- bronił się przyjaciel.- No chyba, że chcesz.
-Cole!- uspokoiła go Macy.- Vincent nie jest gejem, od razu widać, że leci na Ivy.
Gdy usłyszałam te słowa, od razu chciałam się schować pod ziemię. Poczułam jak czerwienią mi się policzki, może to ogień z kominka coś podpalił...
-Dzięki, pomagacie!- mruknęłam pod nosem do przyjaciół, którzy zaśmiali się szyderczo.
-Spokojnie, jesteśmy normalni- Marcy starała się nie skrępować chłopaka, jednak musiałam wkroczyć ja. Chwyciłam go za łokieć i wyprowadziłam z kuchni. Poprawiłam ukradkiem włosy, żałując, że nie ubrałam czegoś lepszego, tylko czarne spodnie i koszulkę w paski. Postawiłam Vincenta pod ścianą i spojrzałam w jego czarne oczy. Śmieszna czapka z pomponikiem dziwnie kontrastowała z jego diabelską twarzą.
-Mogłaś powiedzieć, że chcesz swój prezent- zaśmiał się.- Nie musiałaś wyciągać mnie z kuchni siłą, ale wiesz, ja lubię ciemne zakątki.
-Vincent, Thomas u mnie był... On mi wszystko powiedział, moja pamięć wróciła- urwałam, zastanawiając się, co powiedzieć dalej. Vincent patrzył na mnie, a z jego twarzy zszedł uśmiech. Myślałam, czy on mnie kochał, czy raczej uważał za wariatkę, dlatego tak się przejął. Nie wiem jak powinnam odbierać nasze skryte pocałunki w klubie, dwa miesiące temu. Bałam się.
-Czego chciał?
-On chce mnie, Vincent ja się boję, boję się jego, ciebie, całego świata, moich uczuć także się boję. Nie wiem, jak było z nami, ty tak zniknąłeś z mojego życia, podałeś mi ten lek, tak bardzo cię kochałam, a potem pstryk, nie pamiętałam nawet twojej twarzy.
-Nadal widzisz na szaro?- zapytał i chwycił moją twarz w dłonie. Byliśmy tak blisko siebie, a ja w sercu czułam lęk i pragnienie, które trwa już od pięciu lat, od momentu naszego pierwszego spotkania.
-Jest coraz gorzej...- powiedziałam.- Co ty coś do mnie czujesz?
-Śniłem o tobie każdej nocy dwóch ostatnich tygodni. Cierpiałem, gdy przechodziłaś obok mnie w szkole uśmiechnięta, obojętna, z utraconą pamięcią. Tak bardzo się od siebie różnimy, ja jestem upadłym aniołem, a ty człowiekiem, który urodził się bez skrzydeł, a sobie je wyhodował- mówił.- Ivy, kocham cię i jeśli jestem coś wart, to tylko twoja zasługa, bo powinienem już smażyć się w piekle...- mówił, a z moich oczu leciały łzy. Patrzyłam na niego i płakałam, jak nigdy dotąd. Zacisnęłam powieki i poczułam, jak otacza mnie ciepły uścisk Vincenta, jego wargi dotknęły moich w delikatny i subtelny sposób. Tak pocałował mnie za pierwszym razem, czule i rozpaczliwie. Poczułam smak łez w moich ustach, a serce ogarnęła nadzieja, że nie jestem sama na tym świecie.
-Vincent, nie mów tak, jesteś wart więcej, niż ci się wydaje- szepnęłam.
 

 
"Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, kiedy nasze skrzydła zapominają, jak latać."
-Antoine de Saint-Exupéry


-Nie, nie, nie!- krzyknęłam Thomasowi w twarz, która nieoczekiwanie pokryła się słodkim jak miód uśmieszkiem. Nie mogłam słuchać jego słów, moje uszy krwawiły od kłamstw, które mi mówił.- Jesteś cholernym kretynem, wiesz? Czy ty naprawdę nie masz serca? Nie mogę zrozumieć, jak można być tak chorym idiotą!
-Ja tylko rozjaśniłem ci pamięć i dodałem kilka szczegółów, o których nie wspomniał Vincent.- Chłopak pogładził swoje włosy, a potem zszedł z mostku. Jego nogi utknęły w śniegu, jednak spodnie miał suche jak wiór. Zamknęłam oczy, by Thomas zniknął mi chociaż na chwilę z przed oczu. Przycisnęłam dłonie do skroni i zmarszczyłam czoło, czekając na jakiś efekt, cud, cokolwiek, byleby być już w domu.
-Zawsze chciałem być podobny do ludzi.
-Nigdy nie będziesz taki jak my. Jesteś dużo gorszy od nas, jesteś demonem, psychopatą, który bawi się ludźmi, jak zabawkami.
-Jesteśmy tacy sami, mała, może nie ma w tobie niczego złego, ale ty i ja pochodzimy z jednego miejsca.- Nie musiałam otwierać oczu, aby wiedzieć, co teraz pokazuje.
-Jestem normalną nastolatką z krwi i kości!
-Nie jesteś zwykłą dziewczyną, Ivy. Możesz uratować nam wszystkim duszę, tylko musisz chcieć, pamiętaj o nas, mała- odezwał się. Słyszałam go jakby przez mgłę, gdzieś w odległej krainie, ale było coś dziwnego w jego głosie. Jakby żal, choćby jego słowa pachniały udręką i tęsknotą, która była teraz tak blisko mnie.
-Thomas, proszę, zostaw mnie- mówiąc to, otworzyłam oczy, jednak jego już nie było. Spojrzałam na miejsce, gdzie przedtem stał, lecz żadnego śladu po nim nie było. Wyparował, zostawiając za sobą tylko małą karteczkę, z ironicznym tekstem.
*"Wesołych Świąt, mała"*
-Dupek- mruknęłam pod nosem i znów zaczęłam przedzierać się przez stertę śniegu.
Gdy wróciłam do domu, moje buty były przesiąknięty wodą, a palce u nóg kompletnie zmieniły kolor. Rodzice zostawili mi tylko wiadomość, że jadą do babci, więc miałam cały dom dla siebie. Ogień w kominku już się palił, dlatego też zrobiłam sobie imbirową herbatę, włączyłam ulubioną piosenkę i usiadłam z pamiętnikiem w ręce na dywanie. Już dawno nie zaglądałam do moich notatek, moje wpisy kończyły się na dniu, kiedy Vincent przyszedł do nas do szkoły. Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Odnalazłam w pamięci tamtą chwilę, kiedy składał mi obietnicę w damskiej łazience, a później niespodziewanie napotykałam go na swojej drodze. Jednak zaciekawiła mnie notka, która mówiła o tym, że spotkałam już Vincenta, pięć lat temu.
Nagle wszystkie wspomnienia wróciły, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Moja czerwona, dziecięca czapka, a z nią krew na chodniku, posypana białym śniegiem. Krzyk dziewczyny i chłopak w kominiarce, o czarnych oczach. Jego ciche słowa, wypowiedziane moje imię. Potem pozostała tylko pustka, która mieszała się z panicznym lękiem i przeraźliwym stresem, iż chłopak wyskoczy zza rogu ulicy i zrobi to co z tamtą dziewczyną.
Potem przypomniałam sobie, jak porwali Marcy, szare dni tęsknoty i płaczu Cola. Wybite okno na klatce schodowej Vincenta i wylany wrzątek na jego ręce i nogi. Najgorsze wspomnienia były w fabryce, kiedy Marcy odrzuciła moją pomoc i zostałam uwięziona w laboratorium. Ból, strach i nieziemski żal dopadł mnie, gdy miałam już w ręku strzykawkę z płynem. Następnie zobaczyłam tylko ciemność i znów znalazłam się w swoim pokoju z dziwnym wzrokiem...
Nieoczekiwanie usłyszałam, jak ktoś dzwoni do domu. Odłożyłam kubek po herbacie i mój pamiętnik zaraz obok niego. Pobiegłam otworzyć drzwi, próbując w tym czasie ogarnąć jakoś moje włosy. Przekręciłam kluczy i nacisnęłam klamkę.
-Wesołych Świąt Ivy!- krzyknęli razem Macy i Cole. Z prezentami w rękach wcisnęli mi się do wejścia.
-Zdejmijcie buty!- odezwałam się z ogromnym rogalem na twarzy. Nie spodziewałam się takiej niespodzianki. Szybko pobiegłam do góry i chwyciłam schowane prezenty dla przyjaciół.
Kiedy Marcy robiła gorącą czekoladę i wykładała ciastka na stół, jak schowałam prezenty pod choinkę. Cole siedział na kanapie i patrzył na płonące drewno w kominku.
-Nie patrz tyle na ogień, bo się w nocy zsikasz!- pisnęłam do chłopaka, który automatycznie się uśmiechnął.
-Nie bawię się ogniem, patrzeć mogę!- próbował się tłumaczyć, ale ja nie dałam mu dojść do słowa. Śmiałam się jak oszalała, a Cole razem ze mną.
-Z czego się śmiejecie, dzieci?- zapytała Marcy, która właśnie przyszła do pokoju z kubkami w ciastkami. Wyglądała jak zawsze pięknie. Ubrana na czerwono w bluzie z motywem reniferów i czapką jak u mikołaja, mogłaby reklamować prezenty w centrum handlowym. Nie umiałam jej odpowiedzieć, bo przy każdym kolejnym słowie śmiałam się jak głupia. Brzuch zaczął mnie boleć, ale poczułam, że jestem szczęśliwa, że w końcu wszystko pamiętam i mam dla kogo żyć.
______________________________________________________________________________________________
Hejka, tutaj suseł! Chciałabym wam bardzo podziękować za komentarze, które naprawdę uwielbiam. Wspieracie mnie na każdym moim kroku i to jest przecudowne ;* Och, szczególnie chcę podziękować moim wiernym fanom, którzy są ze mną już od dłuższego czasu i przeczytali te moje wypociny.
Spokojnie, to jeszcze nie koniec opowiadania, ale jesteśmy coraz bliżej mety.
Zapraszam też na mojego Tumblra: itranquillity.tumblr.com/
Kocham was wszystkich <3 Tyle szczęścia! I jakoś w opowiadaniu nawet Świątecznie się zrobiło! <3 Papatki !
  • awatar Szkobylec072: O ja ... wciąga ... weź napisz książke ... Na serio , moja chrzesna/kuzynka pisała w domu zaczeła od wierszy a teraz jej książka czeka na wydanie w księgarniach :)
  • awatar rozczarowanie.: Dużo się tu zmieniło ..
  • awatar I'm yours: niezłe ;) piękny ten cytat <3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (12) ›
 

 
"Żyjemy w epoce, w której zbyt wiele się czyta, aby móc być mądrym, i zbyt wiele myśli, by móc być pięknym."
- Oscar Wilde


Stojąc pod prysznicem, uświadomiłam sobie, że dzisiaj jest pierwszy dzień świąt. Uderzyłam dłonią o twarz i zakręciłam wodę. Po dziesięciu minutach wyszłam z łazienki i weszłam do salonu, moi rodzice jeszcze nie wstali, z czego się cieszyłam. Spojrzałam na choinkę, która stała obok wielkiego, nowego telewizora. Drzewko było całe białe, a przynajmniej miało być, ja jednak tego nie widziałam. Piękne bombki wisiały na gałązkach w odpowiednich odległościach od siebie. Jasny sznur był przewieszony wszerz choinki. Podłączyłam lampki do gniazdka, a potem popatrzyłam jeszcze raz. Nie mogłam napatrzeć się na dzieło rodziców. Pobiegłam do pokoju po prezenty dla nich, by położyć je pod choinkę. Gdy się schylałam, by je tam zostawić, zauważyłam niewielki pakunek. Na górze miał malutką karteczkę, z dużą literą "v", od razu wiedziała, że to od Vincenta. Usiadłam na fotelu i ostrożnie otworzyłam prezent. W środku znajdował się czarny kubek. Nigdy nie chciałam dostać kubka na święta, to był mój najgorszy prezent, ale oczywiście to naczynie należało do Vincenta, z niego piłam herbatę. Miałam z tym kubkiem wiele wspaniałych wspomnień, których nie pamiętam, ale chłopak mnie zapewniał, że jakieś są.
-Dziękuję- wymruczałam, a potem wyciągnęłam malutki liścik.
*"Spotkajmy się na moście, za twoim domem. Tam przypomnisz sobie wszystko"*
Nie czekałam ani chwili dłużej, Vincent nie napisał, o której mamy się spotkać. Zmienił zdanie, co do miejsca, ale mnie tutaj bardziej pasowało. Ubrałam szybko kurtkę i buty, wyszłam przez balkonowe drzwi, a potem zaczęłam przekopywać się przez zaspy śniegu. Dopiero w połowie drogi uświadomiłam sobie, ze nie było żadnych śladów po moim nocnym spacerze. Kiedy dotarłam na most, poczułam, jak ktoś dotyka moich ramion. Odwróciłam się powoli i aż pisnęłam. Chłopak, Thomas, który podwoził mnie dwa miesiące wcześniej, stał teraz przede mną i patrzył na mnie z uśmieszkiem na twarzy.
-Co tam, skarbie?- Jego głos był ciepły, lekki, ale także śliski jak wąż. Chciałam zerwać mu z twarzy ten przebrzydły uśmiech.
-Thomas! Odwal się, kretynie!- krzyknęłam, gdy złapał mnie za przedramię i pochylił się, by mnie pocałować.
-Widzę, że Vincent nauczył cię, jak mam na imię- zaśmiał się.- Na pewno nie powiedział ci, kim dla niego jestem- szepnął mi do ucha. Jego oddech był zimny, przesiąknięty nienawiścią i złością.
-Puść mnie! Nic mi nie powiedział- odezwałam się, szarpiąc na różne sposoby, by uwolnić się od jego uścisku.- Do cholery jasnej, puszczaj mnie kretynie!
-Ładny dostałaś prezent, prawda?
-O czym ty mówisz?- zapytała, jednak on nie musiał odpowiadać. Sama zorientowałam się, że chodzi mu o kubek Vincenta.- Och...
-Mądra dziewczyna, wiesz, mój braciszek jest tak zagoniony, że nawet nie zauważy, że coś mu zniknęło- stwierdził. Przebiegł mnie zimny dreszcz, gdy usłyszałam, kto jest bratem chłopaka, stojącego przede mną.
-On nie jest twoim bratem, przecież jesteście upadłymi aniołami!
-W niebie wszyscy byliśmy braćmi- powiedział, a potem puścił moje przedramię. Spojrzałam w jego czarna jak śmierć oczy, które obserwowały, jak subtelne płatki śniegu spadają na moje włosy. Nie było w jego oczach szczęścia, tylko żal, smutek, który na dobre przesiąkł jego całą twarz, od chwili upadku.
-Dlaczego to zrobiłeś? Czemu spadłeś na ziemię?- Moje usta same się otworzyły, by sklecić dwa zdania. Nie mogłam pohamować wstydu, jednak stałam przed Thomasem niewzruszona.
-Nie wciskaj nosa w nieswoje sprawy, mała- mruknął pod nosem.
-To czego, do cholery, ty ode mnie chcesz?!- krzyknęłam. Byłam zdziwiona, że jeszcze nie panikowałam, gdyby mój tata się dowiedział, że jakiś facet chce mnie zabić za naszym domem, nie wypuściłby mnie już nigdy z domu.
-Na początku szukaliśmy odpowiedniej dziewczyny, która pomoże nam w...- przerwał na chwilę.- W naszych sprawach. Porywaliśmy kogo się tylko dało, nawet twoją przyjaciółkę. Jak jej tam?
-Marcy!- odezwałam się.
-Ach, tak, ale znów pudło. Nie przeszła dalszych testów, tak jak pozostałe dziewczyny, które widziałaś w naszych podziemnych celach- powiedział, zrobił krótką przerwę, a potem znów kontynuował swoją historię.- Gdy jechałem z fabryki, zauważyłem auto Vincenta, z którego wychodzisz ty. Zatrzymałem się na poboczu, a gdy byłaś już w połowie drogi, podjechałem pod ciebie i odwiozłem do domu Marcy.
-Kłamiesz! Ten facet z auta miał zielone oczy, a wy, upadli macie czarne!- Moje dziury w pamięci zaczęły się sklejać, powoli, jednak z każdą chwilą przypominałam sobie coraz więcej.
-Soczewki, kochana- mrugnął do mnie okiem.
Oparł się o poręcz mostu i złożył ręce na torsie, cały czas szczerząc się jak głupi.
-Zauważyłem wtedy twoją przyjaciółkę, ty wydawałaś mi się nieciekawa. Lecz potem pomyślałem, dlaczego by nie spróbować i z tobą. Wszyscy cię szukali, nawet wysłałem moich ludzi do domu Vincenta, jednak nie wrócili. Coś było nie tak, martwiłem się, więc dokopałem troszkę twojemu chłoptasiowi, w końcu jestem jego szefem.
-Jak mogłeś!- krzyknęłam.- Jesteś egoistycznym dupkiem!
-Nie schlebiaj mi kotku, teraz będzie najlepsze! Twój ukochany sam cię wsypał, przyprowadził, tak jak obiecywał na początku. Spotkałem cię w fabryce na schodach, kazałem mu podać pierwszą dawkę, aby jego i ciebie to bardziej bolało.
-Ty jesteś nienormalny! Nie dość, że porywasz dziewczyny, to potem patrzysz jak inni cierpią! Eksperymentujesz i niszczysz innym życie!- Krew w moich żyłach pulsowała, niczym wzburzone morze. Nie chciałam już na niego krzyczeć, w końcu dzisiaj Wigilia, ale przez niego, straciłam gdzieś moje twa miesiące życia, pamięć i poprawny wzrok.
-Potem zaczęły się schody. Straciłaś przytomność, a później nagle się obudziłaś, nie taka normalna, jak chwilę temu. Twoje oczy były tak jasne, że gdy na mnie spojrzałaś, przeszyły mnie na wylot- powiedział.- Nadal nie umiem pozbyć się tego obrazu z głowy. Byłaś niesamowita! Gdy fabrykę zrównałaś z ziemią, potem znów zemdlałaś, a ja wiedziałem, że to ty możesz nam pomóc, że jesteś tą jedyną!
  • awatar Szkobylec072: Superowy tekst , tak jak i inne *.*
  • awatar Expirion.: Hm ten rozdział przypadł mi tak średnio do gustu. Jest okej, ale te dialogi tak mi jakoś nie koniecznie się spodobały. Nie wiem dlaczego. Za to koncówką nadrobiłaś wszystko. Intryga. Hm. No lecę czytać dalej, może będzie jeszcze genialniej ! <3
  • awatar tyna<3: ojej boskie *.* nie mogę się doczekać następnego rozdziału :))
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
"Nocy, które przespaliśmy, jakby nigdy nie było; pozostają nam w pamięci tylko te, w które cierpieliśmy, nie mogliśmy zmrużyć oka. Stąd suma naszych nocy jest sumą naszych bezsenności." -Emil Cioran


Gdy mama zamknęła za sobą okno, a ja przestałam czuć swoje palce u nóg, poczekałam chwilę, aż zgasi światło w domu i pójdzie spać. Nie chciałam, żeby widziała, że jestem w samej piżamie. Obeszłam dom i wyszłam na chodnik, przed wejściowe drzwi. Zauważyłam, że tylko jednak latarnia na ulicy się świeci. Spuściłam wzrok, a moje serce od razu zabiło szybciej. Ktoś opierał się o latarnie, z rękami w kieszeniach spodni. Poświeciłam na postać latarką, żeby jeszcze lepiej go widzieć, w końcu 'pod latarnią najciemniej'. Chłopak obrócił głowę w moją stronę i stanął na równe nogi, odgarnął czarne jak śmierć włosy z takich samych oczu i spojrzał na mnie. Ubrany w szary sweter i jeansy, wyglądał jak zwykła osoba, którą mogłabym spotkać w przydrożnym sklepie, jednak on był pod moim domem, i to o trzeciej w nocy.
-Mogłabyś nie świecić mi tą latarką prosto w oczy?- spytał chłopak. Od razu rozpoznałam ten głos. Vincent. Kolega z naszej klasy, który chciał mi coś powiedzieć w swoim mieszkaniu, gdy piliśmy razem herbatę. Zamyślona, nie zwróciłam uwagi na sens jego słów. On jednak podszedł bliżej i odezwał się ponownie.
-Mogłabyś to zgasić?
Zrobiłam się cała czerwona na twarzy, choć pewnie już byłam z mrozu. Opuściłam latarkę, a potem nacisnęłam kciukiem przycisk.
-Przepraszam- szepnęłam tak, aby chłopak nie usłyszał mojego przestraszonego głosu.
-Co tutaj robisz?- spytał.
-Mieszkam.
-Ale o tej porze.- Znów nagłe ciepło zalało mnie od stóp do głów.
-Spacer- powiedziałam mechanicznie.- Wieczorny spacer.
-W piżamie?
-Moja suknia i książę zniknęli o dwunastej, razem z powozem, musiałam wracać na piechotę- mruknęłam smutno, choć on się uśmiechnął. Podszedł bliżej i zdjął swój sweter. Nałożył go na moje lodowate i czerwone z zimna ramiona.
-Więc mam do czynienia z księżniczką?
-Raczej kopciuszkiem.- Podniosłam wzrok na chłopaka, który wpatrywał się w moją twarz, nadal szczerząc się w najlepsze. Gdy atmosfera się rozluźniła, a przynajmniej na to wyglądało, spróbowałam zebrać w sobie odwagę i zapytać.- Ty wiesz czmu nic nie pamiętam, prawda?
Oczy Vincenta posmutniały, z jego twarzy zszedł uśmiech, jakbym czarodziejską różdżką odebrała mu go, tak jak mi ktoś odebrał wspomnienia.
-Ivy...
-Wiesz czemu widzę na szaro, a z dnia na dzień jest coraz gorzej. Przestaję widzieć jasne kolory, wszystko jest dla mnie szaro-czarne. Już nic nie ma sensu. Nie wiem co będzie jutro, nie wiem czemu tak się stało, ja jestem zagubiona...
-Aniele, spokojnie- powiedział chłopak. Objął mnie w talii jedną ręką, a drugą przeczesał moje włosy. Położył moją głowę na jego obojczyku, poczułam jak znana mi pustka zaczyna pochłaniać mnie od środka. Tęsknota wywołała łzy pod powiekami, które z każdym jego oddechem i biciem serca narastały. Zimno nadal szczypało mnie w twarz, tak jak szczypała mnie moja beznadziejna sytuacja.
-Proszę, powiedz mi... Nie chcę tak dłużej żyć- odezwałam się cicho, połykając przy tym moje gorzkie łzy.
-Nie tej nocy, Ivy. Spotkajmy się jutro w kawiarni na rynku.
-Vincent, ten chłopak za domem...- Nie dokończyłam zdania, ponieważ Vincent wszedł mi w słowo.
-Jaki chłopak?- spytał przestraszony.
-Podobno odwoził mnie kiedyś do domu Marcy. On cię znał, on powiedział, że jechałam z tobą do jakiejś fabryki i mnie zraniłeś- powiedziałam jednym tchem. Nie mogłam uwierzyć, że już kiedyś byłam z chłopakiem, który teraz mnie obejmował. Może robiłam z nim jakieś ostrzejsze rzeczy...
-Jak wyglądał?
-Czy my byliśmy razem? Całowaliśmy się?- wypaliłam.
-Ivy, o czym ty mówisz?!- złapał mnie za ramiona i spojrzał mi prosto w załzawione oczy.- Nie płacz, Aniele.
-Byliśmy razem, prawda?
-To nie było tak Ivy, powiem ci wszystko w kawiarni. Teraz opisz mi tego faceta, którego widziałaś dzisiaj w nocy.- Głos chłopaka był poważny. Nawet nie wiedziałam, że może się tak bardzo tym tak przejąć. On jednak nie żartował, wyczekiwał mojej odpowiedzi.
-Jak jechał ze mną autem miał zielone oczy, teraz były one czarne, to chyba przez mój wzrok. Krótkie, brązowe włosy. Powiedział mi na końcu, że jest upadłym aniołem...
-Thomas- mruknął pod nosem.
-Vincent... boję się.
-Aniele, zawsze jestem przy tobie, teraz musisz iść, twoja mama zaraz zaświeci światło na dworze i wyjdzie- powiedział i złożył mi na czole czuły pocałunek. Potem odprowadził mnie pod same drzwi i pożegnał się ze mną. Moje łzy zaczęły tworzyć nową drogę do ucieczki spod moich powiek.
-Jutro o dwunastej w kawiarni- szepnął mi do ucha i jeszcze raz pocałował w czoło. Potem mama zapaliła światło i wyszła, a jego już nie było. Zostałam sama z moją pustką, tęsknotą, niewiedzą, zepsutym wzrokiem i obietnicą.
 

 
"Być może Bóg chciał, abyś poz­nał wielu złych ludzi, za­nim poz­nasz te­go dob­re­go, żebyś mógł go roz­poznać, kiedy on się w końcu pojawi." -Gabriel García Márquez


-Cholera- powiedział czarnowłosy chłopak. Przycisnął ściśniętą pięść do ust i zagryzł ją lekko, próbując na mnie nie patrzeć, jakbym nie istniała, jakby mnie nie znał i nie chodził ze mną do szkoły.- Cholera, cholera, cholera.
-To Vincent z naszej klasy- odezwała się nagle przyjaciółka. Spojrzałam na nią przez ramię, przewracając przy tym oczy.
-No wow, serio?- mruknęłam ironicznie. Cała ta sytuacja była dla mnie dziwna, staliśmy na klatce schodowej, która była tak ciasna, że prawie do siebie przylegaliśmy ciałami. Marcy szczerzyła się jak głupia do chłopaka o czarnych jak śmierć oczach, który sam zachowywał się jak kretyn, powtarzając co chwilę "cholera". Uderzyłam otwartą ręką w czoło, choć sama nie wiem dlaczego. Chłopak zauważył mój gest i zszedł po schodach w ciemność. Stopnie oświetlała tylko mała żarówka przy drzwiach i okno z widokiem na zaśnieżony trawnik.
-Chodźcie za mną- odezwał się już na dole Vincent. Posłusznie ruszyłam się z miejsca, kiedy przyjaciółka chwyciła mnie za rękaw kurtki i pociągnęła mnie szybciej w dół. Poczułam, jak kawałki szkła trzeszczą mi pod butami. Nagle ogarnęła mnie pustka, jakbym zapomniała o bardzo ważnej chwili, zdarzeniu, dniu. Zamurowało mnie, Marcy ciągnęła mnie dalej, abym w ogóle nie zatrzymała się i nie wgapiała bezmyślnie w stopnie schodów.
-Ivy, ogarnij się- szepnęła mi do ucha, a ja byłam prawie pewna, że chłopak to słyszał.
Zaczekał na nas, a potem otworzył drzwi do mieszkania. Wystrój był bardzo ciemny, męski, choć nowoczesny i bardzo funkcjonalny.
-To twoje mieszkanie?- spytałam, pokiwał tylko głową, potem poszedł do kuchni. Usiadłam na czarnej kanapie, stawiając stopy na miękkim dywanie, który oczywiście był ciemny. Moje oczy widziały na szaro, trudno było mi odróżniać kolory.
-Jak na chłopaka w jego wieku, to pewnie jest nieziemsko bogaty.
-Pewnie sprzedaje prochy, w końcu jesteśmy pod klubem- skomentowałam.
-Jego źrenice są tak duże, że pewnie sam bierze.
Po chwili chłopak wyszedł z trzema kubkami herbaty. Od razu rozpoznałam kubek, nie wiem skąd, ale widziałam go już kiedyś. Śliczny, czarny, błyszczący stanął przede mną z wrzątkiem w środku. Przełknęłam ślinę, starając się na niego nie patrzeć. Słyszałam jak przez mgłę Marcy chichocze i rozmawia z naszym kolegą z klasy. Nagle poczułam, jak wbija mi łokieć między żebra.
-Au!- krzyknęłam.
-Idę do łazienki- powiedziała z uśmiechem, a potem wstała i zaczęła ruszać biodrami w drodze do toalety. Od razu zorientowałam się, że podoba jej się Vincent. Marcy ma już chłopaka, Cola, ale ona uwielbia flirtować z takimi tajemniczymi gośćmi, takimi jak czarnowłosy chłopak.
-Poznałaś.- Usłyszałam. Spojrzałam na Vincenta, jego oczy były smutne, przesiąknięte niepokojem i strachem.
-Co?- spytała, jednak nie doczekałam się odpowiedzi.- Co poznałam?- spróbowałam jeszcze raz.
-Kubek... już kiedyś z niego piłaś.
-Tak mi się wydawało, że gdzieś go już widziałam, ale skąd o tym wiesz? Śledzisz mnie?- powiedziałam, uśmiechając się lekko, jednak jemu nie było do śmiechu.
-Ivy, my...- nie dokończył zdania. Zwrócił wzrok na drzwi łazienki, które po chwili otworzyły się, a zza nich wyszła upudrowana Marcy.
-Co tam porabiacie, moi kochani?
Długo nie mogłam zapomnieć słów Vincenta. Nie wiedziałam co ma na myśli, czy ten kubek ma tak wielkie znaczenie? A szkło na schodach i okno na klatce?
Leżałam w łóżku z głową pełną myślami. Nie mogłam odsunąć od siebie sceny i spojrzenia chłopaka, gdy nas zobaczył. Potem jego oczy były zagubione, kompletnie nie umiałam ich rozszyfrować. Spojrzałam na okno w moim pokoju, z którego było widać kawałek nieba i puste pole śniegu. Nadal nie umiałam odróżniać kolorów, z dnia na dzień było coraz gorzej. Noc koszmar, wszystko jest czarne, jedynie księżyc i gwiazdy dobrze widziałam, lecz nie potrafiłam zejść po schodach, bez zapalania światła.
Nagle komórka obok mnie zabrzęczała, poczułam wibracje. Chwyciłam telefon do ręki i spojrzałam na godzinę. Dochodziła trzecia w nocy. Otworzyłam wiadomość od nieznajomego numeru i aż zbladłam.
*"Otworz okno i spojrz na dol"*
Przeczytałam kilka razy wiadomość i sięgnęłam do lampki, aby włączyć światło. Ze strachem w sercu dorwałam klamkę i przekręciłam ją. Wychyliłam głowę i zauważyłam postać na dole. Nie widziałam dokładnie kto to jest, mój wzrok utrudniał mi to.
-Kto tam?!- krzyknęłam, nie zwracałam uwagi, że mogę obudzić rodziców. Komórka znów zaświeciła. Kolejna wiadomość.
*"Czekam na dole, przyjdz, prosze."*
Teraz moje serce zaczęło bić jak oszalałe. Chwyciłam latarkę do ręki i bez chwili namysłu zeszłam ostrożnie po schodach. Nie chciałam zastanawiać się, co ktoś pod moim oknem może robić o 3 w nocy. Może chce mnie zabić, zgwałcić, porwać. Może jestem lekkomyślna, głupia i oszalałam, ale chciałam iść. Otworzyłam drzwi do domu i wyszłam. Mróz poczęstował mnie lodowatym pocałunkiem na powitanie. Wzdrygnęłam się, ale zaczęłam obchodzić cały dom, zostawiając na śniegu ślady stóp. Nawet z zapaloną latarką mało widziałam, ale dostrzegłam postać, opierającą się o ścianę domu.
-Jestem- odezwałam się. Wolałam powiedzieć, 'jestem, teraz możesz mnie zabić, bo i tak zaraz zamarznę na śmierć' albo 'jestem twoja, w piżamie, ale gotowa na wszystko'. Było to dość głupie, ale nie wiedziałam jak się zachować. Płakać, bać się czy raczej śmiać. Czy tak zachowują się ludzie przed śmiercią?
-Ivy...- gdy postać zaczęła mówić, od razu zorientowałam się, że już ten głos kiedyś słyszałam.
-To ty!- odezwałam się.
-Chciałem znowu się z tobą spotkać. Nasza znajomość nie zaczęła się zbyt dobrze, chcę to nadrobić.
-Przychodząc o 3 w nocy pod mój dom!?- Byłam wkurzona, ze ten palant miał czelność do mnie przychodzić. Nie umiałam opanować nerwów.
-Jak cię podwoziłem do domu byłaś taka zagubiona. On pewnie cię zranił prawda? Ten chłopak, z którym jechałaś w stronę fabryki.- Jego słowa totalnie mnie zaskoczyły.- Vincent?
Oszołomiło mnie to imię. Poczułam się, jakbym dostałam kulką w głowę, albo ktoś przywalił mi z sierpowego z szczękę.
-O czym ty mówisz?! To, że mnie podwiozłeś nie znaczy, że musisz się wpieprzać w moje życie! Kim ty do cholery jesteś?
Zobaczyłam kątem oka, jak słabe światło w domu się zapala. Rodzice musieli usłyszeć, jak krzyczę.
-Upadłym aniołem.
Mama otworzyła okno i zaczęła opieprzać mnie, co robię o tej porze na dworze. Chłopak zniknął.
 

 
"Są co prawda twarze, które jakby w ogóle uciekały przed pamięcią. [...] Ale są i takie, co ledwo przelotnym spojrzeniem pan na nią rzuci, a uczepi się już na zawsze pańskiej pamięci."
-Wiesław Myśliwski, "Traktat o łuskaniu fasoli"


Kilka ostatnich tygodni całkowicie wprowadziło mnie w paranoję. To dziwne uczucie, kiedy budzisz się w pełni świadoma co stało się dwa miesiące temu, a potem nagle zapominasz. Gubisz w pamięci najważniejsze chwile, wspomnienia z życia, jakby to nigdy się nie stało. Myślisz, że jesteś wariatką, bo przecież tak jest, w końcu przez osiem tygodni byłaś... nigdzie? Żaden nie wie co się z tobą działo, tylko wmawiają ci, że byłaś w Ameryce z tatą na delegacji. To obłęd, gdy przyjaciółka pyta cię w szkole, skąd niby miała uciec, a ty wgapiasz się w nią ze zdziwieniem. Do tego wszystkiego widzisz na szaro, ale nie wiesz dlaczego tak się stało. Nie wiesz nic, jakbyś zgubiła się w otchłani swoich snów.
Po całym czasie gapienia się w szkolne okno, rozmyślając, o co właściwie chodzi, przychodzą święta. Śniegu coraz więcej, lampek na mieście przybywa, a ludzie pukają do drzwi, śpiewając kolędy.
Gdy obudziłam się późnym rankiem, mama robiła śniadanie. Czułam już na schodach zapach jajecznicy i tostów. Zbiegłam szybko na dół i usiadłam przy stole. Na przeciwko mnie siedział tata, czytając gazetę.
-Cześć- powiedziałam rodzicom i nałożyłam sobie jajecznicy.
-Zjedź dużo, bo potem jedziemy na zakupy- mówiła mama. Jej czarne włosy były upięte w wysoki kucyk. Nadal na sobie miała piżamę.
-Kupimy nowy telewizor!- Tata, jak zawsze w świetnym humorze, odłożył gazetę na stół. Spojrzałam na pierwszą stronę i o mało co nie zakrztusiłam się tostem.
-Co Marcy robi na pierwszej stronie?!- krzyknęłam przerażona. Jej zdjęcie widniało w gazecie z nagłówkiem "Kolejna zaginiona!".
-To stara gazeta- odpowiedziała mama.- Znaleźli ją na imprezie jej chłopaka po kilku dniach, nic wielkiego. Byłaś wtedy w Ameryce.
-Czemu mi nic nie powiedziałaś? Ona też nie pisnęła słówkiem.
-Pewnie chciała o tym zapomnieć i nie martwić cię, teraz skończ gadać tylko jedź, zaraz wyjeżdżamy.
-Ale umówiłam się z Colem- wymyśliłam na szybko jakąś wymówkę. Musiałam dowiedzieć się o co chodziło z Marcy.
-Ivy...- tata nie skończył zdania, bo zadzwonił mój telefon. Zerwałam się z krzesła i wbiegłam po schodach. Chwyciłam komórkę i odebrałam.
-Halo?
-Ivy! Cześć!- odezwała się Marcy.
-Cześć! Musisz mnie uratować, rodzice chcą ze mną jechać kupić telewizor!- mruknęłam, zamykając drzwi swojej sypialni.- Poza tym, nie powiedziałaś mi, że uznali cię za zaginioną!
-Och, proszę cię, to mnie upokarza... Chciałam tylko spytać, czy pójdziesz ze mną na imprezę do "Derroty"?
Nagle poczułam jak ogarnia mnie pustka. Słowa ugrzęzły mi w gardle, język znieruchomiał, a usta przestały mnie słuchać.
-Yyy, Ivy? Jesteś tam? Jak nie chcesz iść to nie musisz, tylko pytałam...
-Nie!- odpowiedziałam szybko.- Idę!
-No i prawidłowo, widzimy się o ósmej pod moim domem, Cole nas zawiezie- powiedziała i rozłączyła się.
Cały dzień leżała na dywanie lub łóżku w dość dziwnych pozycjach i czytałam książkę. Wypiłam hektolitry herbaty i kakaa, co skutkowało tym, że co chwilę musiałam chodzić do łazienki.
O ósmej trzydzieści byłam już z Marcy w klubie. Choć nigdy w nim nie była, zdawał się taki znajomy, bliski, niezwykły. Kolorowy szyld świecił, a przed wejściem stała grupka ludzi z dziwnymi bliznami na plecach.
-Dlaczego chciałaś iść do tego klubu?- spytałam zdziwiona.
-Dlaczego nie? Nie marudź, tylko wchodź!- poganiała mnie przyjaciółka.
-Tu jest dziwnie! Mówię ci, że to się źle skończy.
-Nie przesadzaj, jak będzie coś nie tak, to zadzwonię po Cola- powiedziała i pokazała mi telefon.
Już od wejścia czułam zapach potu, zmieszanych perfum i gorącego powietrza. Światła mrugały na wszystkie strony, muzyka była tak głośna, że czułam jak wibruje mi pod nogami. Usiadłyśmy przy barze, Marcy rozglądała się za przystojnymi facetami, jednak ja nie umiałam odwrócić wzroku od drzwi z napisem "Tylko dla personelu!".
-Na co tak patrzysz?!- przekrzykiwała muzykę Marcy. Spojrzałam na nią nagle, uśmiechnęła się dziwnie i podniosła brwi.
-Muszę coś sprawdzić, idziesz ze mną?!- Przyjaciółka pokiwała głową i zerwała się z krzesła.
-Co chcesz sprawdzić?
-Sama nie wiem...- Zaczęłyśmy przeciskać się między spoconymi ludźmi, który kołysali się w rytm muzyki. Gdy dotarłyśmy do tajemniczych drzwi, okazały się zamknięte za klucz. Wyciągnęłam rękę do przyjaciółki, która mechanicznie podała mi wsuwkę. Wsunęłam ją do dziurki i kręciłam nią, aż drzwi nie otworzyły się same. Zrobiłam krok w stronę ciemności, a potem o mało co nie wpadłam na osobę stojącą przede mną. Marcy wleciała na mnie, zamykając przy tym drzwi.
-O matko!- krzyknęła nagle, zaświecają lampę.- To Vincent z naszej klasy!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (10) ›