• Wpisów: 139
  • Średnio co: 15 dni
  • Ostatni wpis: 4 lata temu, 13:33
  • Licznik odwiedzin: 15 704 / 2178 dni
 
wiewiorka.susel
 
                                               Martynka, napisałam więcej o Clorze, żebyś miała radochę ! ;D

                                                     


____________________________________________________________________________________________________
Kolejne dni były dość spokojne. Całe dnie siedziałem w domu lub w szkole. Isabelle i Emilly ostatnio mnie unikały, wręcz uciekały na mój widok. Pełnia zdawała się nadchodzić wielkimi krokami, choć dla mnie godziny dłużyły się niesamowicie. Za tydzień znów miała nastąpić cała przemiana, a sfora dalej się nie odzywała. Napotkałem ich dopiero po kilku dniach, oczywiście nie wszystkich, ale Jamiesa i Clorę. Dziewczyna o brązowych włosach, wzrostu Emilly i o niebieskich oczach i chłopak dużo wyższy od niej o czarnej czuprynie, czekali na mnie przed szkołą. Wyszedłem z budynku wymęczony matematyką, i zauważyłem, że patrzą na mnie. Dziewczyna zaś podbiegła do mnie i stanęła jak wryta.
-Michael, musimy pogadać- powiedziała jako pierwsza. Jej głos był cichy i niepewny. Nie było słychać jej charakterystycznego chichotu. Dziewczyna była poważna, to źle wróżyło. Jej chłopak stał kilka metrów od niej, ze spuszczoną głową, ale wiedziałem, że przygląda nam się.
-Wyjęłaś mi to z ust- odpowiedziałem.
-Chodzi o Isabelle, wiemy, że coś jest nie tak. Nie odzywasz się przez prawie dwa tygonie- znów zaczęła szeptać, choć podwórze było prawie puste, nie licząc mnie, dziewczyny i Jamiesa.
-Szukałem was, a zniknęliście wszyscy w jednym czasie!- zacząłem się bronić. Mój puls skakał. Szybko denerwowałem się tuż przed pełnią, miałem wtedy napady paniki i wściekłości. Matka chce mnie posłać do psychologa, ale zawsze umiałem się z tego jakoś wymigać.
-Spotkamy się w bibliotece o północy- powiedziała Clora i wcisnęła mi złoty klucz do ręki. Zrobiła to tak niezauważalnie, że gdyby nie to, że przedmiot był dość ciężki, jak na swoje rozmiary, to pomyślałbym, że był to jej naturalny odruch. Więcej nic nie mówiła, odskoczyła ode mnie, jak od jakiegoś wyrzutka, a potem zniknęła między drzewami. Wstrzymałem oddech na kilka dłuższych chwil. Rowerem przyjechałem do domu i rzuciłem swoje rzeczy na tapczan. Klucz wrzuciłem do kieszeni spodni.
-Jak tam w szkole?- spytała Teresa, moja matka. Uśmiechnęła się do mnie, a jej oczy znów były czerwone. Płakała.
-Coś się stało?- odpowiedziałem pytaniem.
-Przeszłość, co ja ci będę gadać, przecież przechodzisz przez to samo.- Uspokoiła mnie tą wiadomością. Odetchnąłem z ulgą i pokiwałem głową.
-Dziś położę się szybciej, jestem zmęczony.
-Jutro sobota, ale cóż jeśli tak to dobrze.- Odwróciła się i znów zniknęła w kuchni.- A, i wychodzę dziś z Margaret, pamiętasz ją ze szkoły? Zresztą nieważne, idziemy na potańcówkę, wrócę po północy. Trzaski talerzy, które wyciągała ze zmywarki, sprawiały, że byłem poddenerwowany. Wszystkie kości mnie bolały, nie przez chorobę, bo wilki nie chorują. Ale cóż, to efekt przemiany. W myślach odliczam dni, godziny, sekundy. Zamykam oczy, a potem niespodziewanie je otwieram. Wdycham powietrze nosem, po czym wypuszczam je ustami. Ktoś był w moim pokoju, lecz nie umiem rozpoznać zapachu. Rozglądam się po pokoju i szukam jakiejś wskazówki. Spoglądam na mój stolik nocny i zastygam. Budzik Isabelle zniknął.

Na dworze słońce gubi się wśród chmur i horyzonty. Znika po kilku minutach już kompletnie, zamieniając niebo w całą paletę kolorów, po czym nastaje ciemność. Gwiazdy chowają się za czarnymi obłokami. Jedynie księżyc, który co noc upodabnia się do talerza, świeci na niebie niczym żarówka.
Matka pożegnała się ze mną i wyszła z Margaret. Później ubrałem tenisówki i gruby sweter. Wybiegłem z domu prosto do lasu. Ukradkiem zerknąłem na okno Emilly, jak zawsze bez światła. Czasem zastanawiam się, czy w ogóle przebywa w swoim pokoju.
Drzewa w lesie, o tej porze roku, były gołe. Czarne gałęzie w świetle księżyca wyglądały okropnie. Jakby wyjęte żywcem z horroru. Zapach lasu unosił się w powietrzu, jak najpiękniejsze perfumy świata. Gałązki i liście strzelały pod moimi stopami. Starałem nie deptać na rosnące grzyby, ale było to dość trudne, było ich pełno. Nikt z naszego miasta nie zbiera ich, bo boją się wchodzić do lasu. Legendy i dziwne niewyjaśnione zabójstwa wystraszyły ludzi już całkowicie.
Poczułem czyiś oddech na moim karku. Moje serce znów zaczęło szaleć, żyły pulsowały, jakby w rytm uderzających sekund na zegarze.
-Michael- usłyszałem jej cichy głos.
-Matko jedyna kobieto! Aleś mnie wystraszyła- krzyknąłem. Odskoczyłem od Isabelle kilka kroków. Przyjrzałem się jej dokładnie. Jej oczy były zielone, szklane. Wyglądała na nieobecną.
-Cicho bądź, sfora jest tutaj.- Jej głos przyćmił cichy trzask gałęzi i jedno słowo, bardzo charakterystyczne słowo "cholera".
-Jak to sfora? Miałem się z nimi spotkać w bibliotece- powiedziałem niepewnie. Moja głowa była wypełniona pomysłami i rozwiązaniami dziwnego zbiegu okoliczności. Strach wżerał mi się pod skórę.
-Spotykasz się ze sforą?!- wrzasnęła dziewczyna, jakby znajdowała się pod wodą. Jej słowa były przygłuszone, lecz dobrze słyszalne.
-Nie rozumiesz... Po prostu miałem się z nimi spotkać o północy, ale chciałem się jeszcze przejść, uspokoić się...
-Chyba oszalałeś!
-Przestań krzyczeć!
-Po co chciałeś się ze mną spotkać?- spytała spokojniej dziewczyna. Spojrzałem na nią zdziwiony.- Zostawiłeś mi karteczkę na biurku i budzik, który ci dałam.- Potem przypomniałem sobie, że mam klucz w kieszeni. Wyjąłem go, by dokładnie się mu przyjrzeć i pokazać Isabelle.
-Nie byłem u ciebie w domu, nie chciałem się z tobą zobaczyć- odrzekłem zakłopotany.
-To mój klucz z domu, ukradłeś go?!- krzyknęła znów.
-Nie! Dała mi go Clora ze sfory!- Teraz wszystko było jasne.
-Więc nie chciałeś się ze mną widzieć...- mruknęła cicho dziewczyna. W głosie wyczułem żal. Nie obchodziło ją to, że William i reszta włamała się do jej domu i ukradli klucz z mieszkania.
-Ale my chcieliśmy.- Nagle kroki kilku osób zwróciły naszą uwagę. Gałęzie pod ich stopami zaczęły przeraźliwie strzelać. Zza gołych drzew i wysypiska kolorowych liści wyszedł William. Za nim pokazała się Sara, potem Emilly i Clora. Ostatnia dziewczyna jak zawsze chichotała z przeraźliwym echem w tle. Znów dobiegł nas dźwięk kroków i jedno słowo "cholera". Potem ukazał nam się Steve i Frank, a zaraz za nimi szedł ze spuszczoną głową Jamie.
-Sfora- warknęła przez zęby Isabella.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków
Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego
skomentuj
  •  
  • Pozostało 1000 znaków